4 marca, 2024

StacjaKultura.pl

poczuj pociąg do kultury recenzja, zapowiedź

Somewhere recenzja filmu

5 min read

Ten film zamknął mi usta, każdemu powinien. I nie chodzi tylko o fakt, że w „Somewhere” pokazano  życie gwiazdy z zupełnie innej, mniej barwnej niż zazwyczaj, perspektywy, lecz o fakt, jak mądrze, wrażliwie i ironicznie Coppola ten temat potraktowała. Każde ujęcie kamery coś w tym filmie znaczy, jest piękne samo w sobie. Bierność jest jak najbardziej zamierzona, bo reżyserka chce dzięki niej odzwierciedlić tempo życia bohatera, jego charakter, poczucie samozadowolenia, praktycznie każdy stan emocjonalny jaki mu towarzyszy. I od pierwszych minut wychodzi jej to znakomicie. Każda scena zasługuje tutaj na osobną analizę. Weźmy na warsztat chociażby pierwsze ujęcia- bohater jeździ na torze wyścigowym z ogromną prędkością, a kamera jest statyczna, zwyczajnie obserwuje jak samochód poruszą się w kółko. Na końcu sceny, auto zatrzymuje się w kadrze, z samochodu wychodzi Johnny Marco i… nic. Żadnych emocji, na jego twarzy widzimy kompletną pustkę, a po jego postawie łatwo wywnioskować, że poziom adrenaliny w ogóle mu nie podskoczył. Tak jest zresztą w kolejnych scenach. Coppola niektóre wątki traktuje ironiczne- mam na myśli m.in. sceny ze striptizem, w których panie wyginają się na rurach, co zresztą jest celowo pokazane w sposób przerysowany, a Johnny wtenczas zasypia, nudzi się, widok seksownych i półnagich kobiet nie pobudza go ani trochę.

 

Fabuła filmu jest z pozoru prosta i nudna, jakby to większość przeciętnej widowni określiła. Obraz jest o filmowym gwiazdorze, który nie ma w sobie energii, jest wypalony, nic go nie cieszy, nie ma marzeń, mobilizacji i motywacji do dalszej aktywnej pracy, nawet seks jest dla niego zwykły, automatyczny. Jego życie, a bardziej sposób spojrzenia na świat zmienia córka Cleo, która pojawia się niespodziewanie i przez przypadek. Wszystko wydaje się proste, ckliwe, infantylne i schematyczne, lecz wcale takie nie jest, bo Coppola stanowczo trzyma się początkowej konwencji, nie odbiega od niej nawet na końcu. Fabuła „Somewhere” jest tylko pretekstem do opowiedzenia o czymś głębszym, bardziej szczerym, kameralnym i bezpretensjonalnym, a jednocześnie do wyśmiania sposobu życia hollywoodzkich gwiazdeczek (niektórych!) oraz sposobu ich postrzegania przez nas, z perspektywy widza. Życie Johnny’ego Marco jest nijakie i takie najprawdopodobniej pozostanie, wielkich życiowych zmian w tym filmie nie znajdziecie, pani reżyser na łatwiznę nie poszła i nie zaserwowała nam kolejnej przewrotnej transformacji. Córka bohatera nie spowoduje, że ten porzuci karierę, zacznie o siebie dbać, zdobędzie mistrzostwo świata w pływaniu, ożeni się itd. W „Somewhere” zmiany proponowane są stopniowo, subtelnie, delikatnie. Owe zmiany widzimy w samym spojrzeniu Johnny’ego, jego mimice, a w końcowej scenie pojawia się światełko w tunelu, lecz nie jest to punkt najważniejszy czy zwrotny, tylko bardziej kulminacja dotychczasowych przeżyć. Coppola poszła jednak dalej, w jej nowym filmie nie usłyszymy narratora spoza planu, patetycznej opowieści Johnny’ego czy dynamicznej reżyserii z burzliwymi dialogami, które zbudowałyby atmosferę jednej wielkiej Zmiany. Wszystko rozgrywa się praktycznie bez słów, bardzo ważna jest gra aktorów, ich spojrzenia, poszczególne gesty. W „Somewhere” brak też ogranych schematów dotyczących budowania relacji ojca z córką od zera, po latach. Sofia jednak liczy na inteligencję widza, pozwala mu dość swobodnie interpretować tę opowieść, nie jest moralizatorska , więc nie wciska nam niczego na siłę, dużo ukrywa między wierszami.

 

W mojej opinii bardzo ważnym, o ile nie najważniejszym walorem produkcji jest fakt, że każde ujęcie, mimo że statyczne, jest piękne. Nawet jeśli widzimy bohatera leżącego na materacu, zasypiającego podczas striptizu, pozującego do zdjęć czy jadącego samochodem. Wszystkie takie ujęcia coś znaczą, są perfekcyjnie dopracowane, przemyślane, budują portret bohatera- kompletny i oryginalny, szczery do bólu, tragiczny. Nawiązując jednak do Cleo, córki Johnny’ego,  warto zaznaczyć, że dziewczynka też jest ważną i ciekawą postacią w filmie. Nie wciska ojcu patetycznych tekstów, aby ten się zmienił, nie namawia go do przeprowadzki, zmiany otoczenia itp. Po prostu ze swoim tatą przebywa, stara się być naturalna, czasami jest trochę zmieszana, ale przecież to normalne. Jest dla niego pewnym bodźcem, inspiracją, a robi to bez żadnych słów tylko poprzez własną osobę i obecność. Doskonale w swoją postać wcieliła się Elle Fanning.  Podobnie zresztą jak Stephen Dorff, który w roli Johnny’ego Marco czuł się jak ryba w wodzie.

 

Coppola bardzo umiejętnie w „Somewhere” naśmiewa się, może nie tylko z Hollywoodu, bo to byłoby zbyt uproszczone stwierdzenie, lecz ogólnie z mediów. Ironiczne na tle filmu wypada np. scena sesji zdjęciowej Johnny’ego z jego filmową partnerką- na zdjęciach uśmiechają się do siebie, ale zaraz po sesji wymieniają się zgryźliwymi określeniami. Bardzo sarkastycznie Coppola potraktowała również scenę rozdania nagród na pewnym festiwalu (czyżby nawiązanie do Oscarów?), na której Johnny po wyjściu na scenę w celu odebrania nagrody nie zostaje nawet dopuszczony do słowa- jest to dowód na to, że zarówno gwiazdy nigdy nie mają nic mądrego do powiedzenia (to potwierdza się również w trakcie sceny konferencji prasowej, na której bohater odpowiada idiotycznymi frazesami na równie idiotyczne pytania dziennikarzy), ale głównie wskazuje na to, że my, publiczność, traktujemy naszych ulubieńców jak rzeczy, figury na szachownicy, które pełnią w mediach funkcje tylko i wyłącznie reprezentatywne. Znakomicie wypadła również scena wywiadu włoskiej dziennikarki z Johnnym, która zaraz po jego przyjeździe na półwysep Apeniński, zaledwie kilkadziesiąt minut po wylądowaniu, zadaje mu pytanie co mu się najbardziej we Włoszech podoba (kolejny absurd, pytanie standardowe, które w mediach słyszy się co drugi dzień). Dzięki ironicznej reżyserii Coppoli takie sceny wypadają świetnie i doskonale komponują się w całość.

 

Tak więc czy Johnny stanie się czułym ojcem? Nie sądzę, ale po wizycie córki coś w nim pęka, dyskretnie, ale jednak. Uświadomia sobie, że w tym świecie jest nikim, że pieniądze nie czynią z niego osoby wartościowej. Jest taka scena, podczas której Cleo zaczyna płakać, a Johnny próbuje ją pocieszyć, stara się, ale nie bardzo wie jak, bo nigdy przedtem tego nie robił. „Somewhere” to wspaniała opowieść, która pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo. Okraszona wartościowym soundtrackiem j zachęca jeszcze bardziej. O tak, taką Coppolę uwielbiam.
Autor recenzji: Juliusz Żebrowski