25 maja, 2024

StacjaKultura.pl

poczuj pociąg do kultury recenzja, zapowiedź

Grzechy recenzja spektaklu

4 min read

„Grzechy”, w reżyserii i choreografii Mateusza Polita, to spektakl poruszający tę sferę ludzkiego życia, o której w dzisiejszym cywilizacyjnym pędzie egzystencjalnym najzwyczajniej zapominamy. Na co dzień obcujemy bowiem z naszą- często szarą i monotonną- rzeczywistością. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że poza nią istnieje jeszcze jeden świat: iluzoryczny i paralelny. Znajduje się on gdzieś w sekretnym miejscu naszej duszy, w której Grzechy Pospołu z Pokusami toczą Kościaną Grę o Nasz Los. Człowiek w tym momencie pełni rolę ciągle wystawianego na próby pionka. Czy ulega pokusom? A może należy zadać inne pytanie: „Czy potrafi znaleźć w sobie na tyle sił, aby im się oprzeć?”.

„Grzech z punktu widzenia sztuki jest zdecydowanie bardziej pociągający niż dobry uczynek…”- tak oto wypowiada się o występkach Mateusz Polit i właśnie dlatego spektakl jest tak mroczny oraz tajemniczy. Nie ujrzymy w nim mrowia radosnych kolorów, lecz przewagę barw ciemnych, zdecydowanie „przygaszonych”. W moim odczuciu, zrealizowanie w takowy sposób wizji reżysera było bardzo dobrym posunięciem. Można przedstawić coś pejoratywnego w sposób entuzjastyczny? Niby tak, lecz w tym przypadku „Grzechy” to nie satyra. A gdyby jednak zdecydowano się na zrobienie tego spektaklu w formie pastiszu, zatraciłby swój klimat.

„Grzechy”, jak wspomniałam na samym początku, to ukazanie biblijnych występków za pomocą tańca- zresztą po raz pierwszy ten motyw został zrealizowany w taki sposób. Spektakl określono mianem multimedialnego baletu współczesnego. I w tym momencie pojawia się pewna polemika. Balet? Czymże on jest? Dla jednych to najwspanialszy taniec, kwintesencja sztuki tanecznej. Magia, która oczarowuje oczy, napełnia serce delikatnością. Mawiają, że wzbogacony klasycznymi brzmieniami potrafi ukoić zmysły. Dla innych natomiast balet jest mdły, zbyt monotonny- jednym słowem: bez wyrazu. Nuży i nie ma tej czarowności, która zdolna byłaby poruszyć sercem człowieka. Zarzucają mu brak prawdziwej pasji, lecz jej sztuczne udawanie. Trzeba przyznać, że reżyser „Grzechów” podjął się niezwykle trudnego tematu, bowiem balet odbierany jest przez młode pokolenie (i nie tylko) jako „coś” nudnego, czemu zresztą nie warto poświęcać swojego wolnego czasu. Mateusz Polit przedstawił problematyczną kwestię tegoż gatunku tańca w sposób innowacyjny i nietuzinkowy. Dlaczego? Pokusił się o wzbogacenie swojej wizji innymi, nowoczesnymi stylami. Ci z Was, którym tematyka sztuki tanecznej nie jest obca, z pewnością dopatrzą się w spektaklu czterech ciekawych jej form. Nie zdradzę jednak jakich, gdyż szkoda byłoby psuć tym niespodziankę, jaką przygotowali widzom twórcy. Pozwolę sobie również ominąć opis zaaranżowania poszczególnych grzechów, gdyż jestem przekonana, że każdy z Was znajdzie przynajmniej jeden, który najbardziej go poruszy. Mogę nadmienić jedynie tyle, że właśnie takowy sposób ukazania pozornie nużącego baletu nie pozostawi niesmaku nawet tym, którzy na myśl o nim dostają białej gorączki.

Poza pełnym emocji oraz pasji tańcem zespołu artystycznego ART PROJECT BALLET, mocnym punktem „Grzechów” jest muzyka Łukasza Damrycha. Trudno ją opisać, albowiem same słowa nie są w stanie oddać jej magiczności. W pewnym momencie, szczególnie na samym początku, przywodzi na myśl krainy rodem ze świata fantasy. Osobiście skojarzyła mi się nieco ze ścieżką dźwiękową takich filmów jak: „Władca Pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”. Co najważniejsze, brzmienie nie jest monotonne, potęguje doznania podczas oglądania spektaklu.

Jak wiadomo, nie stworzono jeszcze niczego, co byłoby idealne w każdym calu. Tak też jest z „Grzechami”. Światem rządzą schematy, co nie ulega wątpliwości. Bez pewnych uregulowanych wzorców mielibyśmy do czynienia z chaosem, a jednak mimo wszystko zdarzają się takie schematy, które potrafią wzburzyć nam krew w żyłach. W spektaklu Mateusza Polita jest pewien powielany element, który wywołuje tzw. syndrom jasnowidzenia. Przed każdym tanecznym ukazaniem jednego z siedmiu występków pojawia się, w umieszczonym na ścianie za „aktorami” telebimie, trójwymiarowa animacja. Cały czas pokazuje tę samą scenę (bądź w naprawdę niewielkim stopniu różniącą się od pierwszej), ale nie pokuszę się o zdradzenie tego, co przedstawia, gdyż owa animacja jest ważna dla zrozumienia całej sztuki. Podczas niej zespół taneczny spokojnie wychodzi na scenę, po czym ekran gaśnie i na nowo wszystko skupia się na poczynaniach „aktorów”. Muszę przyznać, że za pierwszym razem wszystkie te działania wyglądają imponująco, później jednak wywołują pewną przewidywalność- coś, co większość z nas drażni w szerokorozumianych sztukach. Na szczęście, ten chwilowy niesmak rekompensuje zawsze zaskakujący układ i starania tancerzy.

Na sam koniec, wspomnę o pewnej ciekawostce.  W spektaklu nie użyto ani jednego rekwizytu i w gruncie rzeczy nie odczuwa się ich braku. Ukazanie siedmiu grzechów głównych za pomocą tańca, z ozdobnikami w postaci: skromnych strojów, muzyki, animacji czy stonowanego oświetlenia, jest naprawdę bardzo dobrym pomysłem. To powiew świeżości, który nie tylko potrafi przykuć uwagę widza, czy też nim poruszyć, ale również rzuca zupełnie inne światło na często negatywnie postrzegany balet. „Grzechy” są świetnym przykładem na potwierdzenie tego, że taniec jest wulkanem emocji i za jego pomocą można odzwierciedli