Droga Cienia recenzja książki
3 min read
Merkuriusz to chłopak żyjący w nędznych warunkach gildii pełnej dzieciaków biegających po ulicach, zarabiających na przetrwanie kradzieżami i napadami. Żyje on z dnia na dzień, nie widząc wesołej przyszłości w slumsach. Sierota żyjąca niczym szczur, bez szansy na wybicie się ze stanu najniższej klasy biedoty. Jednak chłopak ma marzenie… Inaczej: ma CEL. Chce zostać szkolonym przez znanego siepacza, Durzo Blinta, którego boją się i szanują wszyscy. Merkuriusz ma dość życia w strachu. Poznaje płatnego mordercę podczas rzezi w zapuszczonej, śmierdzącej gospodzie. Niedługo trafia na niego w ciemnym zaułku. Chce się szkolić, musi jednak wykonać zadanie – ma zabić swojego największego oprawcę…
W tym samym czasie poznajemy Logana Gyre’ego, który przez swojego ojca został mianowany na lorda Gyre, wbrew woli matki. Ojciec, diuk Gyre, został wysłany daleko od domu w ramach żołnierskich obowiązków. Jakiś czas później pod mury jego domu przybywa obcokrajowiec o imieniu Solon Tofusin. Zaczyna się polityczna gra…
Prawdę powiedziawszy ta „gra” dotyczy nie tylko władzy młodego lorda, ale i wielkiej polityki między państwami. „Grę” uprawiają również przewodzący gildiami. Każdy chce osiągnąć swój cel.
Po pierwszy tom trylogii Brenta Weeksa zwanej „Trylogią Nocnego Anioła”, sięgnąłem pod wpływem dwóch czynników – miałem potrzebę poczytania książki w klimacie gry „Thief” oraz skusiła mnie okładka.
Cóż, nie ma co ukrywać, ale motywów „od zera do bohatera” w literaturze mieliśmy mnóstwo. Mamy nic nie znaczącego młodego człowieka z głową pełną marzeń. Odnajduje mentora. Jest uczony rzemiosła. Zostaje poddany próbie. Marzenia się spełniają. Nudy. Jednak z jakiegoś powodu ciągle chce się pisać takie historie, a co więcej… chce się je czytać!
Styl Brenta jest nieco surowy, nie unikając dłuższych opisów kreuje świat bardzo brutalny (nie ma zmiłuj – nie będzie tolerancji dla naszych ulubieńców, wszyscy mają cierpieć) i okropny. Dzieciaki żyją w brudzie wiedząc, że jedyne, co pewne, to przemoc i stach, dzięki którym mogą przetrwać kolejny dzień. Ceną za to jest poniżenie i ból. Muszę przyznać, że to mi się podoba. Lubię poważne fantasy, gdzie bohaterowie są pełnowartościowi, hartowani przez wyzwania, które mogą nawet ich złamać. Jednak w te opisy i dyskusje próbuje wedrzeć się humor, który może nie jest najwyższych lotów. Jest wymuszony i w rezultacie mało zabawny. Weeks nie jest Eddingsem (jeszcze), który to powagę i dowcip potrafi mieszać w zupełnie lepszy i wdzięczniejszy sposób. Również różnica w dorobku obu autorów jest znaczna. Autor „Drogi Cienia” dopiero rozpoczyna swoją karierę i można spokojnie uznać, że robi to z pasją i zaangażowaniem. To wielce obiecujące.
Oprócz słabego dowcipu, pojawiają się irytujące imiona. Nie ma nic bardziej denerwującego niż nudne, nieprzemyślane imiona. Kiedy przeczytacie powieść, to zobaczycie o co mi chodzi. Małgorzata Strzelec odważyła się na dodatkową zabawę z tłumaczeniem. Otóż zmieniła (przetłumaczyła) imię głównego bohatera na Merkuriusz. W oryginale nosi on imię Azoth. Ze słabego imienia, uczyniła całkiem dobre.
Książkę mimo schematom i przewidywalnym wątkom fabularnym czyta się dobrze i lekko. Nie ma wielu przestojów akcji. Jednak w powieści razi jeszcze nie wyrobione pióro autora, które dopiero ostrzy się na lepsze dzieła, które mam nadzieję będą się pojawiać. Bo widzicie, ta książka wcale nie jest zła. Można w niej odnaleźć wiele cech ambitnego fantasy. Polityczna chytrość, brutalność ulicy, mrok czarnych zaułków, w których ukrywają się nożownicy. Nie jest to świat wesoły i bezpieczny. To lektura idealna na listopadowe dni i wieczory. Z ciekawością będę wyglądał kolejnych tomów.
Autor: Brent Weeks
Tytuł: Droga Cienia
Tytuł oryginalny: Night Angel Trilogy: The Way of Shadows
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Wydawnictwo: Mag
Wydanie polskie: 11/2009
Liczba stron: 600
Format: 135×205 mm
Oprawa: miękka
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł
autor recenzji: Kamil Mirkowicz
W tym samym czasie poznajemy Logana Gyre’ego, który przez swojego ojca został mianowany na lorda Gyre, wbrew woli matki. Ojciec, diuk Gyre, został wysłany daleko od domu w ramach żołnierskich obowiązków. Jakiś czas później pod mury jego domu przybywa obcokrajowiec o imieniu Solon Tofusin. Zaczyna się polityczna gra…
Prawdę powiedziawszy ta „gra” dotyczy nie tylko władzy młodego lorda, ale i wielkiej polityki między państwami. „Grę” uprawiają również przewodzący gildiami. Każdy chce osiągnąć swój cel.
Po pierwszy tom trylogii Brenta Weeksa zwanej „Trylogią Nocnego Anioła”, sięgnąłem pod wpływem dwóch czynników – miałem potrzebę poczytania książki w klimacie gry „Thief” oraz skusiła mnie okładka.
Cóż, nie ma co ukrywać, ale motywów „od zera do bohatera” w literaturze mieliśmy mnóstwo. Mamy nic nie znaczącego młodego człowieka z głową pełną marzeń. Odnajduje mentora. Jest uczony rzemiosła. Zostaje poddany próbie. Marzenia się spełniają. Nudy. Jednak z jakiegoś powodu ciągle chce się pisać takie historie, a co więcej… chce się je czytać!
Styl Brenta jest nieco surowy, nie unikając dłuższych opisów kreuje świat bardzo brutalny (nie ma zmiłuj – nie będzie tolerancji dla naszych ulubieńców, wszyscy mają cierpieć) i okropny. Dzieciaki żyją w brudzie wiedząc, że jedyne, co pewne, to przemoc i stach, dzięki którym mogą przetrwać kolejny dzień. Ceną za to jest poniżenie i ból. Muszę przyznać, że to mi się podoba. Lubię poważne fantasy, gdzie bohaterowie są pełnowartościowi, hartowani przez wyzwania, które mogą nawet ich złamać. Jednak w te opisy i dyskusje próbuje wedrzeć się humor, który może nie jest najwyższych lotów. Jest wymuszony i w rezultacie mało zabawny. Weeks nie jest Eddingsem (jeszcze), który to powagę i dowcip potrafi mieszać w zupełnie lepszy i wdzięczniejszy sposób. Również różnica w dorobku obu autorów jest znaczna. Autor „Drogi Cienia” dopiero rozpoczyna swoją karierę i można spokojnie uznać, że robi to z pasją i zaangażowaniem. To wielce obiecujące.
Oprócz słabego dowcipu, pojawiają się irytujące imiona. Nie ma nic bardziej denerwującego niż nudne, nieprzemyślane imiona. Kiedy przeczytacie powieść, to zobaczycie o co mi chodzi. Małgorzata Strzelec odważyła się na dodatkową zabawę z tłumaczeniem. Otóż zmieniła (przetłumaczyła) imię głównego bohatera na Merkuriusz. W oryginale nosi on imię Azoth. Ze słabego imienia, uczyniła całkiem dobre.
Książkę mimo schematom i przewidywalnym wątkom fabularnym czyta się dobrze i lekko. Nie ma wielu przestojów akcji. Jednak w powieści razi jeszcze nie wyrobione pióro autora, które dopiero ostrzy się na lepsze dzieła, które mam nadzieję będą się pojawiać. Bo widzicie, ta książka wcale nie jest zła. Można w niej odnaleźć wiele cech ambitnego fantasy. Polityczna chytrość, brutalność ulicy, mrok czarnych zaułków, w których ukrywają się nożownicy. Nie jest to świat wesoły i bezpieczny. To lektura idealna na listopadowe dni i wieczory. Z ciekawością będę wyglądał kolejnych tomów.
Autor: Brent Weeks
Tytuł: Droga Cienia
Tytuł oryginalny: Night Angel Trilogy: The Way of Shadows
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Wydawnictwo: Mag
Wydanie polskie: 11/2009
Liczba stron: 600
Format: 135×205 mm
Oprawa: miękka
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł
autor recenzji: Kamil Mirkowicz
