6
Muzyczna spowiedź
Coś w rodzaju moich komentarzy do aktualnych wydarzeń w świecie muzyki i te de.
19 Października 2009, o 21:19
Jak wiadomo jesień ponurą porą roku jest, a w deszczowe dni niespecjalnie mam ochotę wychodzić z domu. Chłodny wiatr za oknem z powodzeniem mnie od tego odwodzi i zmusza do pozostania pod ciepłym kocem, przy kubku gorącej herbaty. Wtedy też, częściej niż zwykle, w rękach trzymam książkę, częściej mam okazję obejrzeć film, ale, przede wszystkim - częściej słucham stonowanej muzyki.
Ponieważ to, co wydobywa się z moich głośników, w dużej mierze odzwierciedla mój aktualny nastrój, aby się wyciszyć, puszczam muzykę, której normalnie słuchać nie potrafię. Zwykle pobrzmiewa ona sobie w tle całkowicie niezauważona. Problem w tym, że w okresie jesiennym chłonę ją bez problmu i w hurtowych ilościach. Skoro nastał właśnie taki czas, postanowiłem stworzyć krótki spis swoich ulubionych zespołów, idealnie nadających się na ponure dni.
Moją wyliczankę rozpocznę od rodzimego akcentu i na pierwszy ogień pójdzie poznański Snowman. Choć ich debiut, pt. „Lazy” doskonałym nie jest, a okładka płyty bynajmniej nie zachęca do jej kupna, to warto przyjrzeć się im bliżej. Już sam tytuł sugeruje nam z czym mamy do czynienia. Jest to 11 kompozycji podanych w bardzo oszczędny w dźwiękach i naprawdę „leniwy” sposób. Na uwagę zasługuje tu zwłaszcza saksofon, wiele wnoszący do muzyki tworzonej przez Snowman. Zresztą świetnie uzupełnia się on z klawiszami.
W „jesiennej muzyce nastrojowej” prym wiodą zespoły neo-folkowe. Nie chcę wymieniać tu większości przeze mnie poznanych, a skupię się raczej na dwóch, zasługujących na szczególną uwagę. Do nagranego przez Of the Wand & the Moon „:Emptiness:Emptiness:Emptiness:” przyciągają mnie genialnie wykorzystana gitara akustyczna i głos Kima Larsena – twórcy projektu, nadające temu albumowi specyficznej głębi. Natomiast „Soft black stars” Current 93 urzeka tym, że pomimo oszczędności instrumentów (wyłącznie pianina, któremu towarzyszy wokal) David Tibet potrafił stworzyć coś wyjątkowego i bardzo emocjonalnego.
Nie mogę zapominać o „The Mess We Made” Matta Elliotta. Również i w tym przypadku mam do czynienia z jednostką wybitną i o niepowtarzalnym głosie. „The Mess We Made” tylko potwiedza klasę artysty. Choć zasadniczo wszystkie płyty Matta utrzymane są w podobnym stylu, ta najlepiej nadaje się na nadchodzące dni. Jest ona jednocześnie najcięższą do przesłuchania, spośród wszystkich przeze mnie tu wymienionych. Miejscami ponura, miejscami pełna niepokoju, ale to właśnie z tych powodów tak dobra.
Podczas jesiennych nocy najlepiej sprawdza się „Black Earth” nagrane przez Bohren & der Club of Gore. Zespół ten określa się (i słusznie) mianem „doom jazzu”. Łączy on w sobie elementy ambientu z jazzem. Ten album ma jeszcze jedną zaletę – sprawdza się jako muzyka do czytania książek. Sam testowałem i wrażenia po tym są jak najbardziej pozytywne;) Przy opisywaniu Bohrenów wspomnę jeszcze o The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble i albumie pod tym samym tytułem. „Darkjazz” to odpowiednie słowo opisujące ich styl. Zespoły, choć reprezentują podobny nurt, różnią się od siebie. Polecam przesłuchanie „Adaptation of the Koto Song”, czyli, jak zresztą sama nazwa wskazuje, genialne „Koto Song” Dave’a Brubecka okraszone elektroniką.
Na zakończenie coś lżejszczego i przystępniejszego. Ponieważ jesień to nie tylko deszcze, jako poprawiacz nastroju, na słoneczne dni serwuję Arms And Sleepers i "Black Paris 86". To jedno z moich większych odkryć. Podobnie jak poprzednio wymienione zespoły (muzycy), dzięki swojej unikalności i specyficznemu brzmieniu, wystarczy zaledwie kilkanaście sekund w odtwarzaczu, by ich rozpoznać. Znów sporo tu elektroniki, która jednak służy zupełnie innym celom.
Siedmiu wykonawców, każdy na swój sposób wyjątkowy i każdy wpasowujący się w jesienny krajobraz. Odsyłam do myspace każdego z zespołów i polecam zapoznanie się ze wszystkimi, bo naprawdę warto. Czegoś na mojej liście zabrakło? Jeżli pominąłem ważny album lub po prostu nie miałem jeszcze okazji go przesłuchać – piszcie! Sprawdzę każdą z propozycji.
Ponieważ to, co wydobywa się z moich głośników, w dużej mierze odzwierciedla mój aktualny nastrój, aby się wyciszyć, puszczam muzykę, której normalnie słuchać nie potrafię. Zwykle pobrzmiewa ona sobie w tle całkowicie niezauważona. Problem w tym, że w okresie jesiennym chłonę ją bez problmu i w hurtowych ilościach. Skoro nastał właśnie taki czas, postanowiłem stworzyć krótki spis swoich ulubionych zespołów, idealnie nadających się na ponure dni.
Moją wyliczankę rozpocznę od rodzimego akcentu i na pierwszy ogień pójdzie poznański Snowman. Choć ich debiut, pt. „Lazy” doskonałym nie jest, a okładka płyty bynajmniej nie zachęca do jej kupna, to warto przyjrzeć się im bliżej. Już sam tytuł sugeruje nam z czym mamy do czynienia. Jest to 11 kompozycji podanych w bardzo oszczędny w dźwiękach i naprawdę „leniwy” sposób. Na uwagę zasługuje tu zwłaszcza saksofon, wiele wnoszący do muzyki tworzonej przez Snowman. Zresztą świetnie uzupełnia się on z klawiszami.
W „jesiennej muzyce nastrojowej” prym wiodą zespoły neo-folkowe. Nie chcę wymieniać tu większości przeze mnie poznanych, a skupię się raczej na dwóch, zasługujących na szczególną uwagę. Do nagranego przez Of the Wand & the Moon „:Emptiness:Emptiness:Emptiness:” przyciągają mnie genialnie wykorzystana gitara akustyczna i głos Kima Larsena – twórcy projektu, nadające temu albumowi specyficznej głębi. Natomiast „Soft black stars” Current 93 urzeka tym, że pomimo oszczędności instrumentów (wyłącznie pianina, któremu towarzyszy wokal) David Tibet potrafił stworzyć coś wyjątkowego i bardzo emocjonalnego.
Nie mogę zapominać o „The Mess We Made” Matta Elliotta. Również i w tym przypadku mam do czynienia z jednostką wybitną i o niepowtarzalnym głosie. „The Mess We Made” tylko potwiedza klasę artysty. Choć zasadniczo wszystkie płyty Matta utrzymane są w podobnym stylu, ta najlepiej nadaje się na nadchodzące dni. Jest ona jednocześnie najcięższą do przesłuchania, spośród wszystkich przeze mnie tu wymienionych. Miejscami ponura, miejscami pełna niepokoju, ale to właśnie z tych powodów tak dobra.
Podczas jesiennych nocy najlepiej sprawdza się „Black Earth” nagrane przez Bohren & der Club of Gore. Zespół ten określa się (i słusznie) mianem „doom jazzu”. Łączy on w sobie elementy ambientu z jazzem. Ten album ma jeszcze jedną zaletę – sprawdza się jako muzyka do czytania książek. Sam testowałem i wrażenia po tym są jak najbardziej pozytywne;) Przy opisywaniu Bohrenów wspomnę jeszcze o The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble i albumie pod tym samym tytułem. „Darkjazz” to odpowiednie słowo opisujące ich styl. Zespoły, choć reprezentują podobny nurt, różnią się od siebie. Polecam przesłuchanie „Adaptation of the Koto Song”, czyli, jak zresztą sama nazwa wskazuje, genialne „Koto Song” Dave’a Brubecka okraszone elektroniką.
Na zakończenie coś lżejszczego i przystępniejszego. Ponieważ jesień to nie tylko deszcze, jako poprawiacz nastroju, na słoneczne dni serwuję Arms And Sleepers i "Black Paris 86". To jedno z moich większych odkryć. Podobnie jak poprzednio wymienione zespoły (muzycy), dzięki swojej unikalności i specyficznemu brzmieniu, wystarczy zaledwie kilkanaście sekund w odtwarzaczu, by ich rozpoznać. Znów sporo tu elektroniki, która jednak służy zupełnie innym celom.
Siedmiu wykonawców, każdy na swój sposób wyjątkowy i każdy wpasowujący się w jesienny krajobraz. Odsyłam do myspace każdego z zespołów i polecam zapoznanie się ze wszystkimi, bo naprawdę warto. Czegoś na mojej liście zabrakło? Jeżli pominąłem ważny album lub po prostu nie miałem jeszcze okazji go przesłuchać – piszcie! Sprawdzę każdą z propozycji.
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE




