Dawid Nawrocki (DawidNawrocki)
Napoli
 9
Myśli złote i pozłacane...
16 Stycznia 2010, o 19:15
Tagi:

18 Grudnia 2009, o 19:59
Tagi: Dr. Dick

Całkiem niedawno napisałem materiał, w którym ukazywałem najśmieszniejsze klipy muzyczne. Tymczasem muszę przyznać, że popełniłem piekielny błąd. Zapomniałem bowiem o zespole E-Rotic i jego piosence Help Me Dr. Dick. Niesamowicie śmieszna piosenka, która zaskakuje słownictwem oraz częścią wizualną. Miłego oglądania.

 

 

17 Grudnia 2009, o 17:57

Święta nadchodzą wielkimi krokami. Producenci perfum, mydełek, kaw, a nawet telewizji prześcigają się w tworzeniu reklam, które zachęcą nas do kupna ich produktu. Ostatnio w przerwie pomiędzy pisaniem, czytaniem, a granie udało mi się zobaczyć kilka reklam w telewizji. Nieoczekiwanie zaskoczyła mnie poniżej przedstawiona reklama i powiem szczerze, że pozytywnie mnie zaskoczyła. Święta bowiem mi się kojarzą z rozmowami przy stole, a nie z oglądaniem telewizji, ale z danych statystycznych wynika, że większość z nas włącza w tym momencie, jakiś film. Dlatego znaleziono dla takich osób rozwiązanie i dobrze! Rozmawiajmy, spędźmy święta z rodziną, a nie z telewizorem. Mamy więc wybór ulec reklamie i kupić to dziwactwo albo po prostu pokonać siebie...

 

13 Grudnia 2009, o 15:11

 

Dzisiejszy dzień jest smutny. Jakoś tak mało w nim radości.  Na takie okazje dobre są śmieszne lub zabawne filmy. Ja na takie dni zostawiam sobie moją ulubioną parodię Ojca Chrzestnego, którą umieściłem powyżej. Jak Wam się podoba?

8 Grudnia 2009, o 22:15

Gracz jest graczem i często siedzi po nocach tylko po, to aby przejść dany tytuł. Zapomina przez to o swojej higienie. Niemniej, jeśli jesteś graczem i nie chcesz rozstawać się ze swoim padem nawet podczas wizyty w toalecie, to firma Etsy ma coś dla Was.

Ta właśnie firma zaczyna produkować mydełka w kształcie padów. Asortyment jest ogromny gdyż w sprzedaży są pady z NES’a czy Xboxa.  Ba, pado-mydełka są dostępne w kilku kolorach. Oczywiście każdy ma inną nutę zapachową. Cena takiego gadżetu to 5 dolarów.

 

Ciekawostka taka dzisiaj :).

6 Grudnia 2009, o 12:58

Wczoraj zakończył się program Mam talent. Wygrał go Marcin Wyrostek. Niemniej, nie o tym chciałbym napisać. Sylwia zauważyła, że jurorzy oceniają często osoby pod kątem ich pasji. Tylko, czy powinni oni to robić? Przecież Mam talent to program, w którym ocenia się talent. Jeśli chcemy oceniać inne rzeczy, to program powinien nazywać się inaczej np. Mam pasje lub Ocenianie ludzi na ekranie… Oczywiście nie jestem za tym, aby ktoś robił coś tylko z chęci zysku, ale czy jurorzy, którzy poza tym programem robią inne rzeczy, tworzą je z pasji , czy też z  chęci zysku? Odpowiedzi pewnie nie dostanę i w sumie jej nie chcę. Chodzi mi po prostu o to, że wczorajsze ocenianie, czy ktoś ma pasje do tego co robi na scenie nie powinno mieć miejsca, gdyż nie taka jest zasada programu…  Poza tym skomentowanie kogoś w taki sposób w finale świadczy również o jurorach, którzy dopiero w ostatnim etapie zobaczyli, że ktoś chce iść pod publiczkę. Wcześniej nie widzieli tego?  Może było to specjalne zagranie, aby w finale podgrzać atmosferę?

5 Grudnia 2009, o 11:45

Podróżując ostatnio na swoich raciczkach dotarłem aż do kancelarii premiera. Obok niej zobaczyłem wspaniale przyozdobione lampkami Aleje Ujazdowskie. Zafascynowany doszedłem aż do placu na Rozdrożu, gdzie mogłem zobaczyć światełka ułożone w sople lodu. W końcu Warszawa żyje! Nie jest smutna tylko mieni się blaskiem świateł i taka właśnie powinna być stolica. Poniżej możecie zobaczyc dwa zdjęcia:

 

 

 

3 Grudnia 2009, o 22:14

Ostatnio oglądałem sobie Musical Koty, który był wystawiany na deskach teatru Brodwayowskiego.  Szalenie mi się podoba poniższa scena i naprawdę żałuję, że nie mogłem jej zobaczyć na żywo. W Teatrze Romia byłaby nadzieja, ale niestety nic nie zapowiada aby Koty pojawiły się ponownie...

 

 

15 Września 2009, o 22:04
Emerytowany i samotny kapitan, Fausto G, który stracił wzrok w wypadku, chce w luksusie spędzić tydzień swojego życia. W podróży do Turynu i Neapolu jego towarzyszem będzie młody chłopiec studiujący w szkole wojskowej – Jaś, który będzie opiekunem kapitana. Dla niego ta propozycja wydaje się bardzo intratna, ale dosyć szybko przekona się, że jego podopieczny może okazać się bardziej męczący niż poranna musztra.


Historia, po przeczytaniu wyżej napisanego streszczenia, przypomina tę znaną z filmu „Zapach kobiety”. Zwłaszcza, że sam reżyser podkreśla, że jego dzieło powstało na motywach powieści napisanej przez Givanni’a Arpino. W praktyce jest jednak zupełnie inaczej, gdyż książka różni się zasadniczo od filmu. Nie znajdziemy w niej bowiem opisu luksusowych hoteli, nie ma też nic o tym, że Jaś ma jakieś problemy w szkole. Zabrakło też mądrości, którymi sypał podpułkownik. W skrócie nie można porównywać książki do filmu czy też odwrotnie. To jakby zupełnie inne historie. Jedynymi wspólnymi ogniwami są tutaj następujące motywy: postać przygnębionego kapitana/podpułkownika, opiekun (Jaś/Charles), motyw podróży, brat kapitana (w książce ksiądz w filmie wojskowy).

Kapitan niestety bardzo różni się od podpułkownika Franka Slade’a. Tak jak wspomniałem nie sypie mądrościami, wręcz przeciwnie, jest raczej niewychowany. Obraża wszystkich i wszystko, a tak naprawdę nie ma ku temu podstaw. Przez takie cechy postać ta wydaje się okropna i niezbyt przyjazna. Nie można z niej zaczerpnąć żadnych mądrości. Kapitan przypomina tutaj pustego, niezbyt inteligentnego wojskowego.

Autor książki również nie popisał się wybitnym językiem. Zdania są często szarpane i niedopowiedziane. Czasami trzeba kilka razy przeczytać napisane kwestie, aby zrozumieć o co chodzi kapitanowi. Dodatkowo, autor potrafi zrobić niemiły zabieg przeniesienia czytelnika do innej sceny. Przykładowo, raz opisuje bar, by za chwilę uciąć temat i przenieść akcję do pokoju hotelowego. Osobiście nie lubię takich metod, gdyż przez takie zabiegi dzieło wydaje się niespójne.

Mimo wszystko, podróż kapitana musi mieć jednak cel – niezamierzony, ale ma. Na 60 ostatnich stronach dowiadujemy się, że głównego bohatera ktoś jednak kocha i właśnie ta miłość ochroni go przed załamaniem. Będzie to zarazem jedyna nauka, którą uzyska Jaś. Resztę książki zajmują dziwne opisy przydrożnych hoteli, zabawy i rozmowy z dziewczynami, oraz nic nie wnoszące do życia dialogi z Jasiem, w których kapitan cały czas go obraża albo prosi o whisky.

Kupując tę książkę spodziewałem się naprawdę czegoś wybitnego. Niestety, zawiodłem się i to bardzo, gdyż nie ma w niej nic z filmu. Prosta, kiczowata fabuła, niczym nieokraszona sprawia, że na dobrą sprawę zastanawiam się, po co ja to czytałem? Chyba tylko dlatego, że jestem ciekawy i nie mogłem oprzeć się pokusie porównania książki do filmu. Jak to ujął kapitan podczas rozmowy z przybyszem, który usiadł w jego przedziale: „Nie chcę znać nieużytecznego imienia”. Analogicznie można to stwierdzenie odnieść do książki.

15 Września 2009, o 09:25


Dużo osób zna „Ojca Chrzestnego” za sprawą filmu, który został nakręcony w 1972 roku. Ta niesamowita trylogia jest uważana za arcydzieło kinematografii. Niestety, w dobie komputerów i telewizji zapomina się często o tym, że wyszła również książka „Ojciec Chrzestny”...

Najprawdopodobniej nie byłoby Ojca Chrzestnego, gdyby nie Mario Puzo. Autor miał wtedy ponad 45 lat na karku i ogromne długi. Aby z nich wyjść, powiedział wydawcy, że napisze książkę o mafii. Tak oto, przeglądając codzienną prasę oraz orzeczenia sądowe, Mario Puzo napisał „Ojca Chrzestnego”. Autor nie znał włoskiego, nigdy też nie należał do mafii, ale dzięki swojej żmudnej pracy stworzył to dzieło.

Czemu o tym wspominam? Gdyż wydaje mi się, że to dobry początek dla tej książki. Owoc ciężkiej, a zarazem jakże precyzyjnej pracy, widać na każdej kartce zapisanej przez autora.
Fabuła książki nie różni się bardzo od filmu, i w wielkim skrócie opowiada o rodzinie Vita Corleone, próbie zamachu na niego oraz przejęciu władzy przez jego najmłodszego syna Michaela. W tej kwestii film jest bardzo zbliżony do książki, ale brakuje w nim wielu wspaniałości, których dostarcza książka. Doskonałym przykładem są ponadczasowe maksymy, które wypowiada Ojciec chrzestny. W książce jest ich więcej niż w filmie. Dzięki temu ma się wrażenie, że czyta się coś wyjątkowego.

Prócz tego, książka ma w sobie taką moc, że potrafi narzucić zasady, którymi kierował się w życiu Ojciec chrzestny, a wszystko za sprawą języka, który został użyty przez autora. Nie jest on wulgarny, daleko mu również do patetyczności, jest po prostu pośredni. Zrozumiały dla każdego, ale przypomina bardziej głos ojca, albo jak kto woli naszego rozsądku czy też moralności. Czytając „Ojca Chrzestnego”, ma się wrażenie przynależności do tej rodziny, uczestniczenia i życia z ludźmi pokroju dona Corleone . Wszystko dlatego, że Vito doskonale dba o swoich przyjaciół. Pielęgnuje każdą osobę oddzielnie, jakby to był zupełnie inny krzew i liczy na plony. Nie narzuca się też nikomu, nie mówi zbyt dużo, tylko słucha i analizuje. Jest odzwierciedleniem tego, czego większość z nas szuka. Tok rozumowania i postępowania dona jest doskonale opisany w książce. Dzięki temu, można dowiedzieć się z niej znacznie więcej niż z filmu.

Na uwagę zasługują jeszcze wątki, które nie zostały ukazane w filmie. Zwłaszcza, że jest ich bardzo dużo. Zaczynając od dziwnej przypadłości Johnny’ ego Fontane’ a, a przechodząc do dokładnego opisu Jacka Woltza, a kończąc na tym, co się stało z dzierlatką, z która zabawiał się swego czasu Sonny. Takich smaczków jest bardzo i docenią to pewnie wszyscy z Was.

Autor nie zapomina również o doskonałych opisach miejsc, w których znajdują się główni bohaterzy. Dzięki temu wszystko staje się nam bliższe, bo można sobie dokładnie wyobrazić scenerię. Dokładne opisy Sycylii, Nowego Yorku, domu dona to tylko przykłady, bo jest tego tak dużo, że aż trudno zliczyć.

Trzeba jednak powiedzieć jasno, że „Ojciec Chrzestny” nie jest książką dynamiczną. Nie ma w niej szybkich akcji czy też rozwiązywania zagadek. W powieści chodzi o coś bardziej górnolotnego. Jeśli więc szukamy czegoś w stylu „Aniołów i Demonów”, to „Ojciec Chrzestny” nie sprosta naszym wymaganiom. Mamy bowiem tutaj do czynienia ze znacznie cięższą literaturą, w której jeden zwrot akcji może zaważyć na zrozumieniu całej sytuacji.

Książka „Ojciec Chrzestny” jest wybitnym dziełem literackim, a to za sprawą wyżej wymienionych rzeczy. Nie ma więc różnicy czy usiądzie się do tego dzieła przed, cz też po, obejrzeniu filmu. Powieść Maria Puzo można czytać w dowolnym momencie. Jej wybitność na to pozwala.

Dawid Nawrocki.

Ostatnie wpisy
16 Stycznia 2010, o 19:15
18 Grudnia 2009, o 19:59
17 Grudnia 2009, o 17:57
13 Grudnia 2009, o 15:11
8 Grudnia 2009, o 22:15
Najczęściej komentowane
6 Grudnia 2009, o 12:58
5 Grudnia 2009, o 11:45




© 2009 by stacjakultura.pl   Reklama |  Kontakt |  Mapa serwisu |  Polityka prywatności |  Zasady korzystania z serwisu |  Partnerzy |  rss RSS