Aleksandra Kołosowska: Kiedy poczuł Pan zamiłowanie do aktorstwa?
Jacek Bończyk: Jako dzieciak, często uciekałem w świat fantazji, wyimaginowanej rzeczywistości. To była ucieczka od szarości życia w małym miasteczku, jakim był mój rodzinny Wałbrzych. Ucieczka w świat teatru, literatury, innych postaci i kompletnie innego życia. Dość wcześnie zacząłem występować na scenie, bo byłem posyłany na różne festiwale piosenki. Później, przez moją mamę, trafiłem na kilka lat do dziecięcego zespołu tanecznego. Traumę mam do dziś, ponieważ był to zespół „Węgielki”, w którym było trzydzieści dziewcząt i ja. W związku z tym do dziś nie tańczę. A mówiąc serio, jeżeli chodzi o granie, to zacząłem się tym interesować mniej więcej w okolicy szkoły średniej. Kilku moich znajomych, którzy jeździli wcześniej na różne konkursy recytatorskie, próbowało zdawać do szkoły teatralnej. Z tych pięciu osób, które wielokrotnie próbowały, jednak nikt nigdy się nie dostał. Tak naprawdę to chyba właśnie presja grupy rówieśniczej spowodowała, że po zdanej maturze pojechałem do Wrocławia i zgłosiłem się na egzaminy w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Niezależnie od tego, złożyłem również papiery na socjologię, bo nie bardzo wierzyłem, że się dostanę. Jednak udało się. Nie mając nic do stracenia, zdałem z drugą lokatą do PWST a potem już poszło.
A.K.: Egzaminy do szkoły teatralnej to nie lada wyzwanie dla młodego człowieka. Jak wspomina Pan ten okres w swoim życiu?
J.B.: Świetnie się wtedy bawiłem. Pamiętam, że kiedy zdawałem, chętnych na jedno miejsce było koło 12-15 osób. Był tłum chętnych i tylko 15 indeksów. Pamiętam, że nie stresowałem się przed egzaminami, ponieważ – jak już wcześniej wspomniałem – opracowałem „miękkie tyły” w postaci socjologii. Im trudniejsze były te egzaminy, tym większą frajdę mi to sprawiało.
A.K.: Jest Pan również reżyserem, reżyseruje Pan spektakle. Lepiej czuje się Pan w roli aktora czy reżysera?
J.B.: Kilka razy w życiu byłem zdecydowany na pożegnanie z aktorstwem. Może wynikało to z tego, że nie zawsze trafiałem na reżyserów, z którymi było mi po drodze, czasem też repertuar nie był dla mnie odpowiedni. Od dziewiętnastu lat zupełnie świadomie jestem bez etatu. Zajmowałem się różnymi rzeczami. Przez lata odkryłem, że aktorstwo ma całą masę różnych barw, to cały wachlarz możliwości. Aktorstwo to nie jest tylko teatr. To również kabaret, piosenka, film, prowadzenie warsztatów z młodymi ludźmi i w końcu dubbing. W moim wypadku to też pisanie tekstów piosenek dla innych wykonawców, konstrukcja scenariuszy. Kiedyś jeden ze spektakli, lubianych przeze mnie, zszedł z afisza, ponieważ zmieniła się dyrekcja w teatrze. Koleżanki aktorki załamywały ręce, a ja powiedziałem: „Dobra, skoro teraz nie mamy specjalnie co grać, to trzeba zacząć reżyserować”. To było kilka lat temu i tak to się zaczęło. Jakieś zrządzenie losu o tym zdecydowało. Wysyłam czasem „wędkę” w kosmos, że chciałbym się zająć czymś nowym w moim życiu i tak się dzieje, dzięki takim „wędkom” w postaci własnej inwencji i pomocy wszechświata. Przez te parę ostatnich lat wyreżyserowałem kilka spektakli, kilkanaście koncertów i napisałem parę sztuk teatralnych.
A.K.: Wspomniał Pan o dubbingu. Może Pan opowiedzieć o swojej przygodzie z nim?
J.B.: Ta przygoda wciąż trwa, a ja nie bez przekory mówię, że ileś rzeczy w moim życiu stało się przypadkiem albo stało się samo. I tak było właśnie z dubbingiem. Przyjechałem do Warszawy w 1993 roku i grałem przez rok w teatrze Roma. W pewnym momencie poproszono mnie o zaśpiewanie piosenki w jednym ze studiów dubbingowych i los sprawił, że trafiłem na mistrzynię świata – Miriam Aleksandrowicz, reżysera ze starej, najlepszej szkoły dubbingowej. Miriam usłyszała mnie i zobaczyła we mnie jakiś potencjał. Zaprosiła mnie na nagrania i wtedy okazało się, że mówić w dubbingu jest o wiele trudniej niż śpiewać. Potem przez dwa lata uczyłem się warsztatu stojąc przy mikrofonie razem z Krzysztofem Kołbasiukiem i Jackiem Czyżem. I tak, podglądając przy pracy najlepszych, nauczyłem się wszystkiego, co wiem o dubbingu. To taki rzadki przypadek, bo dzisiaj już nikt nie ma na to czasu. A Miriam mi go poświęciła, wykształciła mnie i jeszcze wielu innych ludzi. Teraz mniej gram w dubbingu, właściwie z braku czasu, ale bardzo chętnie to robię. Gram wciąż postaci wycastingowane, czyli te, do których mój głos jest przyporządkowany od lat, np. Kudłaty w „Scooby Doo”, czy Mysz Tutek w „Niedźwiedziu w dużym niebieskim domu”. Ostatnio wygrałem casting na głos muppeta Waltera w najnowszym filmie o Muppetach, który niebawem trafi do kin. Śmiesznie się zdarza, że kiedy akurat nie jestem mocno zajęty w teatrze, nie reżyseruję, nie gram koncertów, to w tym momencie dzwoni ktoś z dubbingu, jakby wyczuwał, że mam lukę w planie zajęć. Bardzo lubię pracę w dubbingu i uważam, że to bardzo trudna sztuka. Jeśli aktor ją posiadł, to jest po prostu bogatszy o jeszcze jedną ważną umiejętność .
A.K.: Czyli można powiedzieć, że ściąga pan te telefony jakby podświadomością?
J.B.: Patrzę w kalendarz, znajduję wolne miejsce i mówię „o, ciekawe, może ktoś teraz zadzwoni” i w tym momencie przeważnie zdarza się dubbing.
A.K.: Przeglądając Pana artystyczny dorobek zauważyłam pewną różnorodność. W dalszym ciągu szuka Pan czegoś nowego?
J.B.: Zawsze szukam. Jestem zodiakalnym bliźniakiem i ciągle czuję potrzebę nowych wyzwań. Mam sto tysięcy pomysłów jeszcze niezrealizowanych. Moi znajomi mówią, że mam taką niebezpieczną zdolność, że jak zaczynam o czymś mówić, to to się przeważnie dzieje. Ma to oczywiście dwie strony, bo czasem jednak wymarzam sobie za dużo, zbyt intensywnie i nagle dzieje się tak, że np. przez cztery miesiące od stycznia do maja odbyłem jednym ciągiem cztery premiery i wysiadłem. Bateryjki się wyczerpały i potem musiałem odbyć długie wakacje. Ale w tej różnorodności jest coś naprawdę przyjemnego. W te wakacje na przykład, zdarzyło się, że jednego dnia pojechałem z grupą Kameleon zagrać bardzo kameralny spektakl z tekstami Herberta w leśniczówce Pranie, a dwa dni później stanąłem ze Zbyszkiem Krzywańskim i z naszą formacją rockową na scenie Woodstocku. Trzeba było wystąpić przed siedmiuset tysiącami ludzi i ten kontrast był nieprawdopodobny. Uświadomił mi, że wszystko jest możliwe i utwierdził w tym, że ja tej różnorodności bardzo potrzebuję. I mam wielką przyjemność z takiego nieokreślania się. Ktoś kilka lat temu, gdy zacząłem pracować ze Zbyszkiem /ex-gitarzystą Republiki/, powiedział: „Zdecyduj, czy chcesz być aktorem czy artystą rockowym”, a ja powiedziałem, że nie widzę powodu i nie ma takiej potrzeby. To nie mój kłopot, jeśli ktoś ma problem z zaszufladkowaniem Bończyka czy przyporządkowaniem do jakiejś grupy. Mnie to wszystko jest potrzebne. Pozostaje kwestia ustalenia planu działania w pojemnym kalendarzu oraz umiejętnego rozłożenia sił. Myślę, że w życiu bardzo często (niezależnie od zawodów artystycznych) ograniczamy się, tylko dlatego, że chcemy, żeby inni widzieli nas w określony sposób albo wykluczamy jakąś rzecz z naszego życia sądząc, że musimy być monolityczni. A ja uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zajmować się wszystkim, co nas interesuje.
A.K.: Nagrał Pan kilka płyt. Myśli Pan o kolejnej?
J.B.: Właśnie nagraliśmy z trójką doskonałych muzyków piosenki Stanisława Staszewskiego, które tak wspaniale upowszechnił Kazik z Kultem na płytach „Tata 1 i 2”. Ten temat chodził za mną parę lat. Chciałem, żeby publiczność miała możliwość poznania przejmujących tekstów i tych niesamowitych piosenek z lat 50-tych i 60-tych, nie tylko w wersji rockowej. Pierwszym krokiem było to, że wyreżyserowałem w Teatrze Syrena spektakl „Nie dorosłem”, w którym gra cały zespół Teatru Syrena oraz Mirosław Baka, Krystyna Tkacz, Artur Andrus i Piotr Szwedes. Kilka miesięcy później stwierdziłem, że chcę pokazać swoją interpretację tych piosenek. Dosłownie na dniach skończyłem nagrywać płytę „Mój Staszewski”, która będzie miała premierę w styczniu.
A.K.: Zagrał Pan Wiktora, jedną z ważniejszych ról w serialu „Adam i Ewa”. Gdyby ktoś zaproponował Panu rolę w serialu zgodziłby się Pan?
J.B.: Ten serial był kręcony bardzo dawno temu i wtedy był mi potrzebny, żebym mógł się nauczyć grania przed kamerą. To był dopiero początek seriali w Polsce i dał mi bardzo dużo dyscypliny, pracy z operatorem i bardzo szybkiej nauki tekstów. To był czwarty, może piąty serial, jaki się u nas pojawił. Dzisiaj każda stacja telewizyjna ma takich osiem, dziesięć. Taki serial to jednak bardzo duże zobowiązanie. To były dwa lata właściwie wyjęte z życia. Nie grałem w teatrze, nie miałem na nic innego czasu i wiem, że to nie zrobiło mi dobrze. Po drugie nie byłem w tamtej chwili przygotowany na tak zwaną popularność, która i tak wtedy była postrzegana trochę inaczej, dość powiedzieć, że zainteresowanie aktorem było o wiele mniej nachalne niż dziś. Teraz jest tak, że mogę bezkarnie chodzić po ulicy, robić zakupy, spotykać się ze znajomymi, spokojnie pracować i bardzo sobie to cenię. Pojawiam się w tzw. światłach fleszy wtedy, kiedy sam o tym zdecyduję, przed premierą płyty albo spektaklu. Nie mam najmniejszej potrzeby bycia tzw. celebrytą. Jestem dojrzałym facetem i popularność nie robi na mnie żadnego wrażenia. Wracając do Pani pytania, gdyby zdarzył się serial, który miałby fajny scenariusz – nie powiedziałbym nie, ale myślę sobie, że nie jestem zbyt atrakcyjny dla stacji telewizyjnych, jeśli chodzi o bywanie, brylowanie na salonach. Powiem więcej – robię to z pełnym rozmysłem i tak jest mi dobrze.
A.K.: Przygotowując się do zagrania jakieś roli obserwuje Pan ludzi na ulicy i właśnie w ten sposób tworzy Pan postać ?
J.B.: Obserwowanie ludzi to jest w ogóle fantastyczna sprawa. Robię to w każdej sytuacji, kiedy tylko mogę. Między innymi dlatego lubię jeździć metrem. Nie tylko ze względu na zakorkowane ulice Warszawy. Ten pociąg zasuwa sobie z jakąś prędkością i to jest jedyny moment, w którym można się przyjrzeć ludziom, którzy albo czytają albo o czymś myślą albo po prostu są. Bardzo często obserwuję ludzi, tak samo jak obserwuję zwierzaki. To jest prawdziwe życie. Tego nie ma w telewizji, to co widzimy w grach komputerowych też nie jest prawdziwe, bo nikt z nas nie ma sześciu żyć, nie można sobie dodać punktów energii, czy magii i myślę, że jedyna możliwość przyjrzenia się człowiekowi jeden do jednego to jest właśnie ulica, sklep, środki komunikacji. Bardzo też lubię, będąc w teatrze, na moment przed wejściem na scenę, poprzyglądać się publiczności, która zasiada w rzędach. Bardzo szybko można wydedukować, jaką publiczność dzisiaj mamy, czy ktoś przyszedł i jest skupiony, czy chce się bawić, czy też przyszedł i jest cały w pretensjach, bo tak naprawdę to małżonka zaciągnęła go do teatru. To są takie obserwacje, które dużo mi dają.
A.K.: Jest Pan spełniony artystycznie?
J.B.: Może inaczej. Myślę, że jestem dosyć szczęśliwym człowiekiem, w miarę poukładanym. Jeśli chodzi o spełnienie artystyczne, to myślę, że daleko mi do niego, ale idę swoją drogą, gram w teatrze, w sztukach, które mnie „kręcą”, reżyseruję to, co chcę i w większości są to rzeczy napisane przeze mnie. Proponuję aktorom coś, za co jestem odpowiedzialny i podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Nagrywam płyty z muzyką, która mnie interesuje, pracuję zarówno ze składem akustycznym, jak i elektrycznym. Mogę się zarówno powydzierać, jak i wyciszyć a nade wszystko – nie gonię w kierunku swoich pięciu minut, czy tego, żeby wyskakiwać ludziom z lodówki. Ktoś może być nie wiem jak świetnym aktorem, ale moim zdaniem, jeśli pojawia się w pięciu filmach, które wchodzą do kin jednocześnie, to jest to pewien brak wyobraźni. Myślę, że to nie jest wina moich kolegów, tylko dystrybutora, producenta, który chce za wszelką cenę złapać artystę, wydusić z niego wszystko, co możliwe i wymienić na innego. Myślę, że w tym kierunku to niestety zmierza. W takim wypadku dokładne określenie tego, o co nam chodzi i nie poddawanie się takiemu terroryzmowi medialnemu jest jedyną drogą, żeby być nie tylko na pięć minut.
A.K.: Potrafi Pan opisać swoimi słowami czym jest dla Pana muzyka?
J.B.: Muzyka cały czas jest ze mną. W domu, w teatrze, w samochodzie – jest muzyka. Czasem, kiedy bardzo tego potrzebuję, funduję sobie chwilę ciszy, ale generalnie muzyka towarzyszy mi zawsze. Nie ograniczam jej. Pozwalam jej być z pełną różnorodnością, tak że np. układając sobie playlistę na dalszą trasę samochodową, potrafię wziąć najpierw Galiano grającego Bacha, potem koncerty fortepianowe Rachmaninowa, a za chwilę ląduje w odtwarzaczu Metallica, Tool czy AC/DC, po czym Piotr Bukartyk albo Mariusz Lubomski.
A.K.: Jakie są Pana plany na najbliższą przyszłość , gdzie będziemy mogli Pana zobaczyć w najbliższym czasie?
J.B.: W tej chwili gram w dwóch teatrach w Warszawie. Na Novej Scenie Teatru Roma – „Tuwim dla Dorosłych”. Bardzo duże zainteresowanie tym spektaklem spowodował teledysk, który pojawił się na YouTubie pod wielce znaczącym tytułem: „Całujcie mnie wszyscy w dupę” do tekstu Juliana Tuwima z muzyką Jerzego Satanowskiego. Gramy ten spektakl parę razy w miesiącu. Wiem, że bilety są wyprzedane na parę miesięcy do przodu. Świeża zupełnie rzecz, to „Carmen, czyli spektakl na dziesięć telefonów komórkowych” Esther Villar. Ta premiera odbyła się 23.X 2011 w Teatrze Capitol. Mam przyjemność grać z Krzysztofem Tyńcem, Marią Niklińską, Bartoszem Obuchowiczem, Anną Gornostaj, Joanną Trzepiecińską i Hiroaki Murakami. Jest to spektakl, który bardzo lubię. Rzecz następna to recital „Mój Staszewski”, z którym lada moment zacznę jeździć po kraju. Dalej czeka mnie reżyseria w Teatrze Muzycznym w Łodzi oraz napisanie kolejnego monodramu. Mówię kolejnego, bo we wrześniu w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej odbyła się premiera monodramu, który napisałem dla Anny Guzik. To spektakl „Singielka, czyli na co ja czekam”, w którym Ania wcieliła się w postać stworzoną specjalnie dla niej – vocalistki estradowej, która śpiewa na eventach, co powoduje jej coraz większą frustrację. Alicja – tak ma na imię bohaterka – żyje wyłącznie życiem swoich bliskich i przy okazji rozważa, czy już podchodzi pod kategorię „singielki”, czy jeszcze nie. Teraz zbieram materiały i zaczynam siadać do monodramu dla Mirosława Baki, z którym jesteśmy po słowie. Chciałbym specjalnie dla niego napisać spektakl „szyty na miarę”. Tych planów jest więc trochę...









więcej »




























