13-10-2009
AAA |
Ocena: 1  0 głosów
Fenomen Czarodziejów z Dorset, czyli rzecz o Electric Wizard
Powiedzieć, że w początkach lat 90. muzyka doom miała się źle to ująć rzecz bardzo eufemistycznie.

Electric Wizard
Ojcowie z Black Sabbath dawno już przepadli nurzając się w heavy metalu bądź kultywując status gwiazdy, wydając coraz gorsze i budzące coraz mniejsze zainteresowanie albumy. Candlemass znalazło się na zakręcie po rozstaniu z Marcolinem, co rychło doprowadziło ich do rozwiązania zespołu. Wydawało się, że Saint Vitus i Pentagram kończyli już kariery. Celtic Frost nagrało glamową płytę. Stonera jeszcze nie było. Dopiero rodził się w głowach Josha Homme i jego kolegów. Zresztą dla zafascynowanego ciężkim i wolnym graniem młodzieńca, jakim był Jus Oborn z Bournemouth, w roku 1993 Ameryka była daleko i nie koniecznie miało znaczenie to, co dopiero tam powstawało. Ważne było to, co tu i teraz, czyli zespół Eternal, który rozpadł się jako 3 z kolei, gdyż młody wokalista i gitarzysta nie byli w stanie znaleźć właściwych ludzi do grania. Wtedy w roku 1993 liczył się tylko death metal. Chłopak, który poza muzyką doom kochał dym palonej konopii, był świadomy tego, że jego ulubiona muzyka nie zyska nigdy wielkiej popularności. Zaryzykował jednak po raz czwarty i w tym samym roku, wraz z basistą Timem Bagshawem i perkusistą Markiem Greeningiem, założył Electric Wizard. Zespół, który zredefiniował pojęcie ciężaru w muzyce ekstremalnej.

Początki nie wyglądały jednak tak rewolucyjnie, jak miało się to stać później. Zespół po dwóch latach owocnej pracy podpisał papiery z Rise Above. Wytwórnia ta dowodzona przez nawróconego doom rockera, a wcześniej hardcorowego wokalisty Napalm Death, Lee Doriana, była idealnym matecznikiem dla muzycznych odszczepieńców, jak postrzegano wówczas miłośników doom. 25 letni Dorian był również wokalistą zespołu Cathedral, który odegrał niebagatelną rolę na scenie w połowie lat 90-tych. W takich okolicznościach spłodzono i wydano debiutancki album Czarodziejów, zwący się po prostu "Electric Wizard". Była to mieszanka candlemassowego ciężaru, hardrockowego pazura i transowego czasu spod znaku stonera, który zdołał do tego czasu zagościć w świadomości muzyków. Wyróżniała się niebagatelna zdolność muzyków do tworzenia chwytliwych riffów, które nie nużyły powtarzane nawet dłuższą chwilę. Do tego melodyjnie zadziorny głos Jusa wpasowujący się w klimat ironiczno-fantastycznych tekstów. Nic więc dziwnego, że album zebrał dobre recenzje i zbudował podstawy świadomości istnienia zespołów w głowach fanów. Największym ewenementem pozostaje jednak fakt, iż brzmienie tego albumu jest najczystsze ze wszystkich jakie EW spłodziło do tej pory.

Prawdziwa rewolucja nadeszła w roku 1997. Nagrana w Red Dog Studio płyta "Come My Fanatics..." porażała niesamowitym ciężarem, potężną wybasowaną produkcją oraz niespotykaną do tej pory w muzyce psychodelą. Długie transowe utwory, o średniej długości 8 minut, prują głośniki niczym czołgi, a nad tym wszystkim unosi się opar marijuany i hipnotyczny trans. Nie wiadomo właściwie, skąd przyszła do głowy muzykom myśl, aby uwypuklić, aż tak bardzo walory muzyki doom, obierając je właściwie do białej kości? Pewnym jest, że w połączeniu z powolnymi tempami i niskim strojeniem, ten album przygniatał niczym kamień. Bas na granicy słyszalności, gitara niższa od basu i do tego motoryczna perkusja. Jus schował swój wokal za ścianą produkcji i masą efektów, jednak wciąż słychać jego melodyjność i chwytliwość. Mocarny "Return Trip", bujający "Wizard in Black" czy transowy jak samo piekło "Doom-Mantia"- to utwory, które stały się wyznacznikami nowego standardu w tej muzyce.

W tym momencie warto by porzucić biograficzny wątek i skupić się na tym, co tak naprawdę uczyniło muzykę Electric Wizard tak niezwykłą. Przełom, którego dokonali na "Come My Fanatics..." zaowocował kolejnymi znakomitymi albumami. W istocie nie jest trudno tworzyć taką muzykę. Wystarczy znaleźć ciężki riff i odpowiednio wolne do niego tempo, a następnie ciągnąć na jego temat improwizację przez kolejne 10 minut. Owszem, ale z drugiej strony nie ma nic gorszego od monotonii, a muzyka Czarodziejów, choć pozornie monotonna, w istocie jest ogromnie wciągająca. Naturalna improwizacja wspomagana środkami psychotropowymi to nie wszystko, potrzebna była podstawa w postaci solidnych riffów, a tymi Oborn i jego koledzy sypali już z rękawa na debiucie. Rzecz polegała na tym, aby taki riff, kiedy go zapętlić, coraz bardziej kondensował uwagę słuchacza, a nie jest to proste. Tymczasem wystarczy posłuchać takiego "I, Witchfinder" czy "The Outsider", żeby uświadomić sobie jak bardzo łatwo przychodziło Elektrykom tworzenie takich cudeniek.

Kolejnym istotnym elementem było stopniowanie napięcia w trakcie grania danego riffu. Najłatwiej osiągnąć taki efekt przy improwizacji, gdyż wtedy wszyscy muzycy muszą czuć te przejścia, zmiany tempa czy natężenia dźwięków, a tak właśnie tworzył Wizard. Gdy słucha się takich motywów muzyka, nawet ciężka, przestaje drażnić, staje się hipnotyczna czy wręcz narkotyczna właśnie komasując energię słuchacza. Na końcu ważny był haczyk w każdym utworze, czyli powtarzalna zagrywka, wokaliza bądź frazy, która pojawiają się co jakiś czas, aby na powrót wkręcić słuchającego. Wiadomo, że każdy lubi co innego, ale nigdy nie jest trudno wyłapać np. co tkwi w takim "Funerapolis". Tymi trzema prostymi zasadami Anglicy kierowali się tworząc każdą kolejną piosenkę. Nie sądzę, aby robili to świadomie. Narkotyczne tripy potęgowały emocje, a do reszty przyczyniał się talent. Tak było w dawnych czasach. Natomiast obecnie ekipa Oborna szlifuje głównie swoje mistrzowskie umiejętności.

Największym sukcesem i przekleństwem zespołu stał się trzeci album, wydany w 2000 roku "Dopethrone", który został okrzyknięty najcięższym i najbardziej psychodelicznym albumem stoner w historii. Jest w tym wiele prawdy. Gitary wręcz trzeszczą, wokal Jusa zapchany jest przesterami, a bębny atakują niczym lawina kamieni. Jest to również mocno zróżnicowany album. Od sabbatowskiego openera w postaci "Vinum Sabbathi" , przez naładowane wściekłością "Funeralopolis" , do transowego "Withfindera" i najcięższego tytułowca w postaci finału płyty. Utwory mają zarówno 3 jak i 15 minut, a wszystko to upakowane w 60 minutach niespotykanego ciężaru i surowości. Album o wiele bardziej wściekły od poprzednich, gdyż zespołem targało wiele emocji związanych z problemami zdrowotnymi muzyków, z prawem i pogrążaniem się w marijuanowym świecie. Album stał się przekleństwem z uwagi na fakt, iż cokolwiek by nie zrobili, każdy kolejny krok zespołu rozpatrywany był pod kątem tych 8 utworów. Jeśli ktoś nausznie chce zrozumieć na czym polega fenomen tej kapeli, zapraszam na trip w postaci Trawkowego Tronu.

Zespół nigdy nie bał się eksperymentów. Następujący po "Dopethrone", "Let Us Prey" zerwał mocno ze stylistyką już wówczas legendarnego albumu. Na płycie nie brakuje charakterystycznego riffowania czy transu, ale pojawiły się takie nowości jak pianino czy trąbka w jednym z utworów, bądź też piosenka nagrana w całości w stylistyce hardcore. Rola wokalu uległa umniejszeniu niemal do zera. Po tym specyficznym albumie, stały skład zespołu rozpadł się, a Oborn pozostał sam kaptując do kapeli nową sekcję rytmiczną oraz drugiego gitarzystę... a raczej gitarzystkę w postaci Liz Buckingham, miłośniczki doom rocka, horrorów z lat 70-tych i całej tej otoczki, która sprawiała, że twórczość Electric Wizard, oprócz muzycznego wymiaru, miała swój absurdalny tekstowo klimat. Jus zresztą zdecydował z czasem ożenić się z tą panią, co sprawiło, że stała się ona nową podporą Elektryku partycypując mocno w tworzeniu albumów "We Live" i "Witchcult Today".

Czarodzieje nigdy nie stoją w miejscu. "We Live" był najbardziej surowym i ciężkim albumem, który zespół stworzył, a przed utonięciem w walcowanym błocie uratowała go niespotykanie dynamiczna perkusja. Wraz z drugą gitarą zespół nabrał też odpowiedniej przestrzeni, który wypączkowało w postaci dzieła z 2007 roku, czyli "Witchcult Today". W porównaniu do swoich poprzedników album ten był niemalże eteryczny, pełen lotnych i delikatnych nawet riffów, które kontrastowały ogromnie z ciężarowcami pokroju "Saturn′s Children". Na swój sposób było to bliższe stonerowi, ale też nie jest to wystarczająca definicja tej muzyki. Dziwi fakt jak bardzo różną muzykę można stworzyć po prostu improwizując, zmieniając strój gitar czy strukturę najprostszych riffów. Electric Wizard pokazuje, że można i to też jest ważna część ich fenomenu. Nie wiadomo gdzie transowy okręt popłynie dalej. Ostatni split z bieżącego roku z piosenką "House on The Borderland" wydaje się być kontynuacją nieco sennego brzmienia, ale co z tego wyniknie dowiemy się dopiero za rok, dwa. Ważne, że przez 15 lat istnienia i działania w obrębie jednej stylistyki ten zespół zdołał dokonać jednej rewolucji, nagrać conajmniej 2 wiekopomne albumy i do tej pory nie nużyć słuchacza. A to jest już spore osiągnięcie.

wykop.pl gwar.pl twitter.com blip.pl flaker.pl digg.com facebook.com
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane
Po długich i trudnych zmaganiach się z chorobą zmarł lider i założyciel zespołu Bee Gees - Robin Gibb. Zmarł w wieku 62 lat. >>

Do drugiej wizyty znakomitej amerykańskiej grupy Linkin Park w Polsce coraz bliżej. Z tej okazji wytwórnia Warner przygotowała dla licznych polskich fanów formacji wspaniały prezent. Wybrane tytuły z dorobku Amerykanów można teraz kupić w specjalnej cenie >>

Widzieliście dzisiejsze logo Google? Zmieniło ono swój wygląd i tym razem pragnie uczcić urodziny Roberta Mooga, który stworzył i zbudował pierwszy syntezator. >>

Co łączy Aleksandrę Kurzak - światowej sławy śpiewaczkę operową z Kazikiem Staszewskim - legendą polskiego rocka i O.S.T.R – mistrzem freestyle’u?  >>

Dla uczczenia niedawnego wprowadzenia do Rock And Roll Hall Of Fame, grupa Red Hot Chili Peppers postanowiła wydać specjalną, wyłącznie cyfrową EP-kę, na której można usłyszeć covery sześciu klasycznych rockowych piosenek.  >>

Bez wątpienia Beyonce jest obecnie jedną z najpopularniejszych, najbardziej rozchwytywanych i najbardziej lśniących gwiazd w show biznesie.  >>

John Mayer wrócił z większą pewnością siebie, doszlifowanym talentem i zawadiackim uśmiechem. >>

Idealna propozycja na sobotnie popołudnie (2 czerwca) – prosto z Danii zjawiskowa Mademoiselle Karen ze swoim zespołem na Pikniku Kulturalnym Gazety “Co Jest Grane” w warszawskiej Królikarni. >>

Już 26 maja rozpocznie się długo oczekiwana trasa koncertowa zespołu Nazareth w Polsce.  >>

Kolejna impreza z cyklu Pepsi Rocks to wieczór dedykowany fanom mocnego rocka. Już 29 maja w Hard Rock Cafe Warsaw wspólny koncert zagrają zespołu Chain Reaction oraz Leash Eye. >>

Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Paryż miasto zakochany, które podobno nigdy nie śpi. Jednak, jak każda większa metropolia, tak i ta ma swoje sekrety, a pozwala je odkryć audiobook „Sekretne życie miasta”, który jest dzisiaj do wygrania w naszym konkursie.
więcej »

Zaproś do stacji znajomych
Newsletter
Copyright © 2009-2012 StacjaKultura.plReklama|Kontakt|Mapa serwisu|Polityka prywatności|Zasady korzystania z serwisu|Partnerzy|RSS