Te dwanaście miesięcy minęło zdecydowanie za szybko. Jeszcze niedawno zastanawiałem się, jakiż to album sprawiał mi największą radość w 2008, a tu przychodzi mi układać listę najlepszych z roku 2009. Wybór jest trudny, bo choć wypuszczono wiele dobrych albumów, to żaden niczym szczególnym się nie wyróżnił. W międzyczasie znalazłem 10 tych, które najbardziej mnie zawiodły. Chociaż jest to „Bardzo Subiektywny Ranking”, myślę, że wiele z tych pozycji rzeczywiście wszystkich rozczarowało. Niestety nie udało mi się przesłuchać wszystkich albumów mijającego roku. Pewne perełki z pewnością odkrywać będę w ciągu kolejnych lat, ale znajdzie się też wiele takich, o których nigdy nie usłyszę. Z całej reszty wkrótce zrobię krótkie zestawienie.

#10 Agnieszka Chylińska - Modern Rocking
Łup, łup, pierdu, pierdu, łup, łup, „kocham cię”, łup, plask. Oprócz znanego nazwiska w zasadzie tyle wystarczy, by stworzyć najczęściej puszczany singiel w radio i telewizji. Nie wspominam oczywiście o złotych płytach, platynach i setkach innych wyróżnień, które zostaną lub zostały już wręczone. Niby można mówić o społeczeństwie bez uszu, ale przecież taka sytuacja nie jest obca i innym krajom. Stąd prosty wniosek. Fajnie mają ci „kontrowersyjni” celebryci…

#9 The Prodigy - Invaders Must Die
Okazało się, że najeźdźcy śmierdzą plastikiem. Ponieważ było to dla mnie bardzo nieprzyjemne, zamiast zabijać, postanowiłem ich unikać. Gdzie jest więc to Prodigy, jakie znamy choćby z „The Fat of the Land”? Owszem, odnalazłem je na jednym z tych 11 utworów, ale przez całą tę resztę zupełnie zapomniałem w którym miejscu.

#8 Florence + The Machine - Lungs
Cholera… sam do końca nie rozumiem co poszło nie tak. Z takimi singlami to musiała być jedna z czołowych płyt mijającego roku. Coś jednak mówiło mi, aby poczekać na całego długograja, a dopiero wtedy mówić takie rzeczy na głos. Nie ukrywam, że „Rabbit Heart (Raise It Up)” i kilku innych numerów mógłbym słuchać na okrągło. Dlaczego więc rozczarowanie? Jakoś w ogóle nie spodobały mi się utwory z gitarą elektryczną. Zniszczyły one piękno tego albumu, ale, na szczęście, przynajmniej jego część udało się jeszcze uratować.

#7 L.U.C - 38/89
Za ciekawy eksperyment ten przesympatyczny artysta otrzymał ode mnie trochę zawyżoną ocenę. O tym projekcie dowiedziałem się na tydzień przed premierą i w zasadzie już wtedy zacząłem do niej nerwowe odliczanie. Później było już tylko gorzej. Obyło się co prawda bez bluzgania i złorzeczenia artyście, ale „38/89” trochę chyba L.U.Ca przerosło. Wierzę jednak, że skoro nie w tym, to chociaż w przyszłym roku nagra nam udany album. Może w końcu z Kanałem Audytywnym?

#6 Dizzee Rascal - Tongue n′Cheek
Pamiętam, jak spóźniłem się na swój Open’erowy występ. Pamiętam, jak mimo to, kilka godzin później, pobiegłem zobaczyć jego występ i skakałem przy hipnotyzujących numerach z „Maths and English”. I tym razem, karmiony świetnymi teledyskami, spodziewałem się kolejnego sukcesu artysty. A tu zaskoczenie, bo nowa płyta nie rusza. Może i pierwszej połowy „Tongue n′Cheek” da się jeszcze słuchać, lecz później wyraźnie odczuwam spadek formy poczciwego brytola.

#5 mewithoutYou – It′s All Crazy! It′s All False! It′s All a Dream! It′s Alright
Doszło do tego, czego obawiałem się najbardziej. MewithoutYou zbliżyli się niebezpiecznie blisko do tworów kojarzących się z typowo chrześcijańskim brzdąkaniem. A przecież jeszcze niedawno chwaliłem ich za zupełnie inną stylistykę i udowadnianie, że śpiewać o Bogu można na wiele sposobów. Jeśli nie zawrócą z tej szatańskiej ścieżki, dopóki jest jeszcze na to czas, nie wróżę im happy endu.

#4 Behemoth - Evangelion
Moje zestawienie zawiera kilka naprawdę dobrych płyt. Ponieważ jednak stworzyły je zespoły, po których oczekiwałem potężnej burzy, otrzymując w zamian kilka kropel deszczu, lądują one tutaj. Ehmmm, tak wiem, dziwnie zabrzmiało to przy opisie najnowszego Behemotha. Nieee, nie zabrakło tu odpowiedniej ilości szatana. Sam uważam „Evangelion” za jedną z lepszych polskich płyt roku, ALE znów liczyłem na coś więcej. Może pomysł z chórem na „The Apostasy” narobił mi smaku i tu takich eksperymentów i w takich ilościach zabrakło? Może…

#3 Current 93 – Aleph at Hallucinatory Mountain
Przez długi czas zastanawiałem się, gdzie umieszczę nowych Currentów. Z jednej strony to płyta bardzo oryginalna i posiadająca wiele zalet. Spędziłem przy niej wiele godzin i nie uważam, by był to czas stracony. Znając jednak prawie całą dyskografię zespołu i będąc świeżo po przesłuchaniu Epki z 2008 roku chciałem czegoś zupełnie innego. Mniej psychodeli, więcej tych wspaniałych kompozycji zbliżonych do „All The Pretty Little Horses”. Jednak David Tibet jest nieobliczalny i właśnie dzięki temu wyczekiwanie na kolejne albumy staje się jeszcze przyjemniejsze.

#2 Isis - Wavering Radiant
Jako jedna z niewielu osób w zmianie stylu Isis dostrzegłem same pozytywy. Odchodząc od brudnego, siarczystego brzmienia zyskali na świeżości, przy okazji udowadniając, że są jedną z najlepszych sludgeowych kapel. Teraz sam już nie wiem, która z ich płyt najbardziej mnie rusza . Znacznie łatwiej jest mi nastomiast wytypować ich najsłabszy album. Po kilku próbach oswojenia się z „Wavering Radiant” dałem za wygraną. Albo to ja czegoś nie dosłyszałem, albo tej płycie brakuje polotu.

#1 Muse - The Resistance
O to przed Wami niechlubny numer jeden mojego rankingu. Ponieważ na tej płycie liczyłem na coś, co doszczętnie mnie zniszczy i pozbawi słuchu do końca życia, mam prawo narzekać. Sądziłem, że „Black Holes and Revelations” było jedynie wypadkiem przy pracy. Chciałem powrotu w wielkim stylu, destrukcji, zagłady, kosmicznych riffów i potężnej linii basowej. Jednak w chwili, gdy na płycie usłyszałem chórki inspirowane Queen, moje serce stanęło. Później doszło jeszcze kilka innych nieprzyjemnych elementów, o których nie mam siły już pisać. Niestety, ale z bólem stawiam ich na górze stawki (przy okazji wracając do odsłuchiwania „Origin of symmetry”).









więcej »



























