Halo, halo
Czas jakiś temu praktycznie na każdej stacji można było usłyszeć dwie panie śpiewające o pewnym natręcie, który cały czas dzwoni na ich telefon komórkowy, podczas gdy one chcą się bawić w klubie. Po parokrotnym przesłuchaniu tej piosenki i obejrzeniu teledysku mi również zaczęło coś dzwonić.
Halo, halo! Przecież to jest genialne. Najpierw uwiódł mnie pomysł wplecenia dźwięku przerywanego połączenia w melodię. Po jakimś czasie dotarła do mnie przewrotność tekstu, który na pierwszy rzut oka wydaje się niezbyt ciekawy – jeśli wolno mi się tutaj posłużyć eufemizmem. Doprawdy, pisanie o tym, że drażni mnie nieustannie dzwoniący telefon, nie należy do najambitniejszy przedsięwzięć.
Chociaż, kto wie… Jest w tym coś przewrotnego, jeśli weźmie się pod uwagę, że śpiewają o tym kobiety. W seksistowskiej kulturze masowej to mężczyźni ustalają zasady love-game, we wszystkich teledyskach to kobiety kręcą dupami na zawołanie. Tymczasem w „Telephone” to Lady Gaga i Beyonce rozdają karty. Są kobietami, ale śpiewają jak mężczyźni.
Posłużyć się popową kliszą, żeby ją skompromitować? Przebiegłe. Może wypadałoby zainteresować się tą Lady Gagą trochę bardziej?
„You’ve left me speechless”
Mniej więcej w tym samym czasie natknąłem się na Diamond Rings, więc Lady Gaga ustąpiła miejsca O’Reganowi. Przypomniała mi o niej przyjaciółka, za co będę jej prawdopodobnie wdzięczny do końca mego marnego żywota. Gdyby nie ona, mógłbym (o, ja głupi!) przeoczyć pierwszą od czasów Michaela Jacksona artystkę popową.
Owa przyjaciółka pokazała mi bowiem zapis występu Lady Gaga i Eltona Johna na rozdaniu Nagród Grammy. Jej uwagę przykuł fortepian, na którym grali. Był, istotnie, piękny. Ale to, co zrobiła Lady Gaga pozostawiło mnie speechless. Siła jej głosu, czystość śpiewu i pasja, którą nasycone było każde uderzenie w klawisz fortepianu mnie zahipnotyzowały.
Oglądałem to raz za razem przez ponad dwa tygodnie. Chciałem poszerzyć nieco moją wiedzę na jej temat, przesłuchać oba albumy, ale nie byłem w stanie oderwać się od tej piosenki.
Mozart muzyki popularnej
Mój trans przerwał artykuł Jarka Szubrychta w „Przekroju”. W wieku czterech lat nauczyła się grać na fortepianie. W wieku czternastu komponowała i występowała w klubach. Ukończyła Tisch School of Arts… Czas najwyższy zainteresować się czymś poza dwoma piosenkami.
Do artykułu dołączony był wideoklip do „Bad Romance”. Brzmienie iście mansonowskie; fantastyczny motyw destrukcyjnej miłości, któremu sugestywności dodaje wokal Lady Gagi; no i te kostiumy… autorstwa Alexandra McQueena, którym tak naprawdę zainteresowałem się dopiero po obejrzeniu tego teledysku. W tym momencie byłem już bliski eksplodowania z powodu narastającego we mnie uwielbienia – nie dość, że Lady Gaga, to jeszcze McQueen.
Sława, seks, narkotyki i pieniądze
Postanowiłem działać metodycznie. Zaopatrzyłem się w „The Fame”. Przyszedłem do domu, usiadłem i… znalazłem się w środku czegoś na kształt tajfunu. Przecież w tym jest wszystko! Marilyn Manson, Michael Jackson i ABBA, David Bowie, Madonna, Queen, Depeche Mode, Blondie, Grace Jones… Ona jest potworem, pożerającym całą muzykę, , wysysającym elementy dla niej najbardziej inspirujące, tworzącym na ich podstawie nową jakość. Istny postmodernizm muzyczny – cuda, cudeńka!
No, ale poza świetną muzyką i wokalem są jeszcze teksty. O czym? O sławie, seksie, narkotykach i pieniądzach. Po raz kolejny może się pojawić myśl: to wszystko już było. Po chwili jednak przypomina się już wcześniej poczynione spostrzeżenie: to jest kobieta, która o seksie śpiewa jak mężczyzna - „Boys, boys, boys” stworzone jako odpowiedź na „Girls, girls, girls” jest tutaj majstersztykiem. Przebiegła feministka –uwielbienie rośnie i rośnie…
No, a co z tą sławą? Przecież z tego, co mi wiadomo, to w czasie kiedy powstawał ten album Lady Gaga była nikomu nieznaną dziewczyną z Nowego Jorku, wychodzącą z uzależnienia od kokainy. Owszem, pisała teksty dla Britney Spears czy Fergie, ale nie można tu mówić o żadnej sławie. Kolejny genialny zabieg: powiem wszystkim, że jestem sławna i stanę się sławna? Nie do końca. Wytwórnie muzyczne nie były początkowo zainteresowane jej propozycjami, niechętnie puszczano jej piosenki w radiu, musiała stoczyć walkę o okładkę „The Fame” – uznano bowiem, że nie jest zbyt seksowna. Nie tak łatwo wmówić wszystkim, że jest się sławnym. Tylko, że Lady Gaga nie musiała tego robić.
Jak sama powiedziała w jednym z wywiadów: sława jest czymś wewnętrznym. To pewność siebie, przekonanie o własnej wartości i słuszności tego, co się robi. Wiara we własne możliwości. Można być sławnym, nie będąc znanym.
Sukienka, która żyje
W tym samym wywiadzie Lady Gaga wspominała o sukience, która żyje - miała ją na sobie podczas MTV Music Awards. Trzeba więc poszukać i obejrzeć. Tak też zrobiłem. Dopiero ten występ i krwawiąca sukienka umożliwiły mi pełne zrozumienie „Paparazzi” – chyba najlepszego utworu na debiutanckim krążku Lady Gagi.
Obsesyjne pragnienie miłości i bycia sławnym wyśpiewane w dance’owym rytmie. Prowokujące wyznanie miłości do mediów i jedno z najważniejszych w twórczości Lady Gagi pytań, umiejętnie ukryte za oślepiającym błyskiem fleszów. Czy sława (rozumiana „tradycyjnie”) nie wyklucza miłości?
Hymn do mody
Moja kobieca niemalże intuicja przeprowadziła mnie bezpiecznie przez kręte ścieżki youtube’a i zaraz po obejrzeniu teledysku do „Paparazzi” naprowadziła mnie na „Future Love”. Piosenkę, którą Lady Gaga wykonuje tylko na koncertach. Być może dlatego, że jest to utwór bardzo osobisty w pewnym sensie.
Jest to bowiem kolejne wyznanie miłości. Tym razem jednak nie ma w nim żadnej ironii ani prowokacji. Utwór ten jest swego rodzaju hymnem do mody, którą Lady Gaga wraz ze swoimi przyjaciółmi z Haus of Gaga potrafi podnieść do rangi sztuki. Tą zaś Lady Gaga darzy czystą, niekłamaną miłością. Widać to z resztą w sposobie w jaki mówi o sztuce – jest w nim pasja, oddanie i namiętność, można by rzecz almodovarowska.
Piosenka o wiecznej niepewności
Po „Paparazzi” popadłem w uzależnienie od „Vanity”, „Disco Heaven”, „Brown Eyes”, „Summerboy”. Nie będę się jednak bawił w wyliczenia i powiem krótko: całe „The Fame”. Łażąc kiedyś po sklepach usłyszałem „Monster” i uświadomiłem sobie, że przecież nie przesłuchałem jeszcze drugiego albumu Lady Gagi. Czym prędzej wróciłem do domu i nadrobiłem zaległości. No i zaczął się taniec w ciemności… Od razu bowiem trafiłem na kompozycję, która jest chyba najlepszą w dotychczasowym dorobku Lady Gagi – „Dance in the dark”.
Podtytuł tego utworu mógłby śmiało brzmieć „piosenka o wiecznej niepewności”. a pierwszy rzut oka mamy tekst o zakompleksionej dziewczynie, która boi się tańczyć (uprawiać seks) ze swoim chłopakiem w świetle, wyzbędzie się zahamowań dopiero w ciemności. Jednak w tekście padają nazwiska takie jak Marilyn Monroe, Judy Garland, Sylvii Plath, księżnej Diany, Liberace, Ramsey, które ów „taniec w ciemności” umieszczają w dużo szerszym kontekście. Jest to w zasadzie opis stanu permanentnego zagrożenia, wiecznego niepokoju – niczym nie umotywowanego, zupełnie irracjonalnego, towarzyszącego niektórym przez całe życie. Niekiedy wręcz destrukcyjnego (tak jak w przypadku wymienionych wcześniej osób).
Historia kołem się toczy
Ponownie zacząłem penetrować youtube (kolejne „ryzykowne” wyrażenie) w poszukiwaniu koncertowych wersji „Dance in the dark”. Natknąłem się na występ Lady Gagi podczas rozdawania Brit Awards. W tym momencie moja fascynacja zatoczyła koło. Ponownie usłyszałem „Telephone”. Ale w jakiej aranżacji!
Mnóstwo koronek, fortepian, trochę jazzu i niewiarygodnie ekspresyjny wokal… Rozmowa telefoniczna jako symbol godzenia się ze śmiercią bliskiego… Później przeskok w zupełnie inną stylistykę. Psychodeliczna, ciężka muzyka elektroniczna, czyli „Dance in the dark”. Występ dedykowany Alexandrowi McQueenowi – chyba najlepszy w jej dotychczasowej karierze
Terapeutyczne show i interaktywny dialog
Zacząłem oglądać koncertowe wersje piosenek Lady Gagi. „Speechless” wykonane dla Elżbiety II we wspaniałej, czerwonej, lateksowej sukni z trenem i kryzą; „LoveGame” na Much Music Awards; Glastonbury, na którym witano Lady Gagę gwizdami, a żegnano brawami; akustyczne wersje „Poker Face” i „Paparazzi”…
To, co najbardziej zachwyca w jej występach na żywo to fantastyczna choreografia, niezwykłe kostiumy i scenografia – widać w tym pasję perfekcjonistki. Inspiracje do tworzenia swojego show Lady Gaga czerpie m.in. z koszmarów sennych, na scenie rozprawia się również z lękami z dzieciństwa. Neurotyczna natura Lady Gagi wypływa też w trakcie rozmów z publicznością.
Niezwykły jest też stosunek Lady Gagi do jej fanów. Rzadko się zdarza, żeby odmówiła autografu, porozumiewa się ze swoimi fanami na Twitterze, dzieli z nimi wieloma prywatnymi problemami – podczas jednego z koncertów wspominała o chorobie swojego dziadka, w każdym z wywiadów prowadzi coś na kształt interaktywnego dialogu z wielbicielami.
Przestrzeń wolności
Grono fanów Lady Gagi tworzą w dużej mierzej ludzie pogubieni, neurotyczni, nieakceptowani. Udało jej się wykreować przestrzeń dla wszystkiego, co inne. Nie bez kozery została ochrzczona nową ikoną gejów. Jest w niej coś szalenie „gejowskiego”. Nie zapominajmy, że słowo „gay” znaczy również wesołek, kolorowy ptak, ktoś kto wiecznie się bawi. „Just Dance” jest przecież wezwaniem do zabawy, muzyka i taniec są formą dla Lady Gagi formą wyzwolenia. „Find your freedom in the music”, śpiewa w „Dance in the dark”. Wolność jest bowiem, obok sztuki, jedną z najistotniejszych wartości dla Lady Gagi.
„Hear the music, see the show, live and love yourself” – to są słowa, które można uznać za credo jej twórczości.









więcej »



























