W tym roku zespołów miało być cztery. Co prawda przywitała nas plotka, że Mothra jednak nie zagra, ale na szczęście przybyli w ostatniej chwili. Zanim jednak mieli okazję zaprezentować swoje umiejętności, my usłyszeliśmy bydgoski Okash. Dla mnie to takie bardziej zmetalizowane granie w klimacie Illusion. Nie było źle, chociaż jeśli mam być szczery to nie wywołali specjalnych emocji. Po prostu jeszcze wiele pracy przed nimi, ale życzę powodzenia w rozwijaniu umiejętności i poszukiwaniu własnego stylu.

Na Blues Beatdown czekałem tego wieczoru najbardziej. Nazwa, która zapewne kojarzy Wam się z pewnym utworem Acid Drinkers, jest nieprzypadkowa. Założycielem zespołu jest nie kto inny, a Olass właśnie. Zaczynali co prawda pod inną nazwą, ale ta jest zdecydowanie bardziej adekwatna, bo w pewnym sensie zespół kontynuuje pomysł, zapoczątkowany w Blues Beatdown. Zatem stonerek drodzy państwo. Jeśli znacie Down, to wiecie czego się spodziewać. Sami nawet sprowokowali takie porównanie grając riff do Lifer w trakcie rozgrzewki. Marcin śpiewa lekko anselmowską manierą, ale nie unika również darcia pys(h)ka bardziej po swojemu. Dla niezorientowanych, na co dzień jest gardłowym Faust Again. W każdym razie poradził sobie doskonale. Blues Beatdown poza niesamowitymi pokładami groove′u (od którego aż się ciepło na serduchu robi) ma też bardziej metalowe ciągoty, co przejawia się np. w używaniu gęstej stopy. Ogromny szacunek za to, że nie poszli na łatwiznę i zdecydowali się na granie swojego materiału. Przecież wystarczyło parę mocnych coverów i publika byłaby kupiona. Jedynym odstępstwem było wykonane na koniec purplowskie Black Night, którego o dziwo wielu obecnych chyba nie znało (!). Ale dobre mają kompozycje, wróżę sukces i czekam na jakąś płytę.

Na Mothrę czekało sporo osób, dla mnie natomiast byli kolejną niewiadomą. Ich występ pozostawił mnie z szeroko otwartymi ustami. Jak by to powiedział Kaczor Donald, takiego hałasu nie było od czasu, gdy ciężarówka pełna cymbałów uderzyła w fabrykę dzwonów. Powyginane to jakieś, krzywe, garbate, nieuczesane... Jak tylko zaczyna się układać w jakąś logiczna całość, zaraz muzycy kreują kolejną falę chaosu. Gitara jak gitara, wokalista standardowo rzygał do mikrofonu, za to absolutnie rządziła sekcja. Przegrubaśny bas i wielki bohater tego występu, niezmordowany perkusista, który cały czas grał kręcąc głową na boki. Hardcore′owo hałaśliwa papka, którą nazwać można prawdziwą muzyka ekstremalną. Wypociny podziemnych black metalowych kapel to przy tym kołysanki. Po trzydziestu minutach sztuki w ich wykonaniu czułem się jakby mój mózg został przepuszczony przez maszynkę do mięsa. Krótko mówiąc, dobrze było.

None ostatni raz widziałem na koncercie akustycznym. A wcześniej, to chyba na X urodzinach, jeszcze z gościnnym występem Olka... Zapomniałem już, jak niesamowicie mocne występy dają. Udało im się skłonić mnie do bardzo intensywnego zginania karku, co dziś zaowocowało syndromem "giętkiej szyi". Nie szalałem tak na koncercie od ładnych kilku lat, ale co było robić gdy grali takie petardy jak Black Star, Pener Tribe czy nieśmiertelne Life For Sound! Oczywiście większość stanowił materiał z "The Rising" i choć wolałoby się więcej staroci, to nie ma co narzekać, bo to świetna płyta przecież. Szesnaście kawałków przeleciało zdecydowanie zbyt szybko, za to koncertowe emocje nie opadną przez najbliższe kilka dni. Kolejny Black Star Fest w 2011, ale z None spotkamy się pewnie dużo szybciej niż myślicie.
A za rok widziałbym taki skład: None, Faust Again, The Old Cinema i Blues Beatdown...








RSS