Autor: Agata Lisiecka
19 Maja 2010, aktualizacja 2010-05-23 20:54:08
Evergrey w Progresji (17.05.2010) sprawozdanie
Istny chaos - te słowa od razu przyszły mi na myśl po poniedziałkowym koncercie Evergrey w warszawskim klubie Progresja. Z początku nie było w tym nic pozytywnego, jednak powiedzenie "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" sprawdziło się tu w 100%.
Całemu zamieszaniu była winna fatalna pogoda, przez którą zespoły z opóźnieniem dojechały do klubu, nie mówiąc już o tym, że soundcheck rozpoczął się dopiero przed planowaną godziną pierwszego supportu (20.00). Drzwi na salę otworzono po 20.30, a same występy odbyły się na małej scenie Progresji. Okazało się jednak, że są problemy z nagłośnieniem wokalisty i wszystko zaczęło się przeciągać do tego stopnia, że pierwszy support, czyli włoski Post-Traumatic Stress Disorder rozpoczął swój gig o godzinie, w której faktycznie powinno być już po supportach. Myślicie, że to koniec niespodzianek? A gdzie tam! Grupa nie skończyła grać nawet pierwszego kawałka, a na scenie spędziła w sumie jakieś 3 minuty. Szkoda, że nie widzieliście min publiki - 2 godziny ustawiania sprzętu, nagłośnienia itd., a tu taki numer.
Chwilę później zaczęto przygotowywać występ drugiego supportu, a dokładnie izraelskiej formacji Edgend, grającej w zastępstwie włoskiego Flashback Of Anger, który odwołał swój przyjazd kilka dni wcześniej. Muzyka Edgend to progresywny metal z wyraźnymi tendencjami w stronę power metalu. Podczas swojego poniedziałkowego koncertu zagrali 5 kawałków z jedynego albumu "A New Identity", który ukazał się w zeszłym roku. Początkowo publiczność odbierała ich z rezerwą, ale już przy pierwszym numerze frontman Rami Salmon zdołał namówić część osób, by podeszły pod samą scenę (a trzeba dodać, że mała scena Progresji ma to do siebie, że barierki są ustawione tuż przy samym podeście, tak więc pierwszy rząd znajduje się jakieś 2 metry od wokalisty). Na odrobinę szaleństwa nie trzeba było długo czekać, bo pierwszy rząd dość szybko się rozkręcił. I chyba wszystkim się spodobali, bo po każdym numerze byli entuzjastycznie oklaskiwani, a po zakończeniu występu z gardeł kilkunastu osób przez dłuższy czas wydobywał się jeden okrzyk "one more song, one more song!".
Po bardzo udanym koncercie Edgend teoretycznie powinien mieć miejsce przez wszystkich wyczekiwany występ Evergrey, jednak jakież było zaskoczenie wszystkich, gdy na scenie znowu pojawili się Post-Traumatic Stress Disorder. Najwyraźniej w wyniku całej zaistniałej sytuacji z pogodą i problemami technicznymi chłopaki z Evergrey zgodzili się, by jeszcze trochę odwlec ich występ tak, by Włosi jednak zagrali przed warszawską publicznością. Ale i tym razem nie było lekko, bo problemy z nagłośnieniem miały swój ciąg dalszy. Ostatecznie Post-Traumatic Stress Disorder rozpoczęli swój gig ok. 23.00, podczas którego zaprezentowali set złożony z kilku kawałków z debiutanckiego i jak do tej pory jedynego krążka "Burepolom" (2008). Zagrali bardzo energetycznie, a ich styl można ogólnie określić jako kombinację progresywno-alternatywnego metalu, choć słychać tu też wpływy innych podgatunków. Ale dość o szufladkach, przejdźmy do atmosfery. Post-Traumaticowi nie udało się nawiązać aż tak dobrej relacji z publicznością co Edgend, choć pierwsze rzędy ponownie dawały z siebie wszystko i odpowiadały na gesty wokalisty Henry′ego Guya. Jednak zniecierpliwienie innych coraz bardziej dawało się we znaki, zwłaszcza, gdy ktoś z końca sali krzyknął "enough!". Ostatecznie Włosi zakończyli swój gig po 23.30.
Zmiana sprzętu na szczęście trwała ok. 10 minut. Opóźnienie wynosiło wtedy już 2 godziny i na pewno nie jedna osoba zastanawiała się, czy Evergrey w ogóle zagrają. Na szczęście w pewnym momencie na scenę wszedł członek ekipy zespołu i oznajmił, że grupa dziękuje wszystkim za przybycie i cierpliwość, i że na pewno wystąpi. Jak powiedział, tak też się stało i ok. 23.50 upragniony koncert głównej gwiazdy stał się faktem. Światło zgasło, wypuszczono sztuczny dym, a z głośników ryknęło podniosłe intro. Wszyscy wrzasnęli z zachwytu, gdy muzycy jeden po drugim zajmowali swoje stanowiska i rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Blinded". Fani nie tracili czasu i ręce, włosy i cała reszta z miejsca poszły w ruch. Od razu dodam, że wraz z początkiem tej trasy Evergrey występuje z trzema nowymi muzykami - gitarzystą Marcusem Jidellem (Royal Hunt, Pain), basistą Johanem Niemannem (ex-Therion) i perkusistą Hannesem Van Dahlem, których przedstawił wokalista i gitarzysta Tom S. Englund. I tego nowym nie można odmówić - wszyscy na żywo spisali się świetnie!
Grupa zagrała ponad półtoragodzinny set, na którym nie zabrakło utworów zarówno z nowszych, jak i starszych albumów. Wśród zaprezentowanych numerów znalazły się m.in. "Obedience", "Soaked", "Rulers Of The Mind", "Mark Of The Triangle", "Solitude Within", "Monday Morning Apocalypse", "Nosferatu", "Still In The Water", "The Masterplan", czy "I′m Sorry", podczas którego Tom oddał refren fanom, którzy jednym głosem odśpiewali: "And I′m sorry, this illusion has caused you a lot of pain, and I have no solution, I′ll try to never be back again". Nie obyło się bez refleksyjnych momentów, czyli lekko przearanżowanej ballady "Words Mean Nothing", dedykowanej zmarłemu w niedzielę (16 maja) Ronniemu Jamesowi Dio. Ten gest został entuzjastycznie przyjęty przez fanów, zwłaszcza, że dało się wtedy wyczuć symboliczną obecność Ronniego (m.in. dlatego, że kilka osób przyszło do Progresji w koszulkach z DIO i Heaven & Hell). Po krótkiej przerwie na bis poleciało poruszające i pełne rozmachu "When The Walls Go Down", "Recreation Day", "Broken Wings" i zamykające set "A Touch Of Blessing". O ile na płytach Evergrey może nie brzmi jak najcięższa metalowa kapela, tak na koncertach daje takiego ognia, że nie powstydziłaby się go niejedna deathmetalowa ekipa z wieloletnim stażem. Trudno jednoznacznie stwierdzić, który kawałek wywołał największą euforię, bo publiczność reagowała dziko na wszystko, czym uraczyli ją Szwedzi. A w poniedziałek, przez tak długie oczekiwanie, wszystkim udzieliło się to ze zdwojoną siłą. Widać to było także po zespole, a szczególnie po wokaliście Tomie, który garściami czerpał energię od fanów. Co chwila zaczynał klaskać, na co w ciągu sekundy odpowiadała mu cała sala, przekomarzał się z osobami wykrzykującymi tytuły kawałków i stroił miny do pozostałych muzyków. Na specjalne słowa pochwały zasługuje też nowy gitarzysta Marcus Jidell, który przeskakiwał z jednej strony sceny na drugą i tuż przed twarzami osób z pierwszego rzędu popisywał się mistrzowskimi solówkami.
Występ skończył się ok. 1.30 w nocy. Tuż po ładnych ukłonach całego zespołu, ogłuszających owacjach i wymianie uścisku dłoni z pierwszymi rzędami Tom oznajmił, że za chwilę wyjdą do fanów. Nie minęło 15 minut, a cała piątka bez jakiegokolwiek gwiazdorzenia i na zupełnym luzie popijała piwo, żartowała i robiła zdjęcia z każdym chętnym. Gdyby nie to, że każdy fan doskonale wie, jak wyglądają, możnaby ich w ogóle nie wziąć za osoby publiczne. Tak więc złe dobrego początki. I choć tamtego wieczora Progresja nie pękała w szwach, to ci, którzy przybyli i cierpliwie wytrwali, udowodnili, że są w stanie dać z siebie tyle samo, co kilka lub kilkanaście razy większy tłum! A wszystkie początkowe komplikacje wydają się być śmieszne i odległe po tak arcyznakomitym koncercie.
Chwilę później zaczęto przygotowywać występ drugiego supportu, a dokładnie izraelskiej formacji Edgend, grającej w zastępstwie włoskiego Flashback Of Anger, który odwołał swój przyjazd kilka dni wcześniej. Muzyka Edgend to progresywny metal z wyraźnymi tendencjami w stronę power metalu. Podczas swojego poniedziałkowego koncertu zagrali 5 kawałków z jedynego albumu "A New Identity", który ukazał się w zeszłym roku. Początkowo publiczność odbierała ich z rezerwą, ale już przy pierwszym numerze frontman Rami Salmon zdołał namówić część osób, by podeszły pod samą scenę (a trzeba dodać, że mała scena Progresji ma to do siebie, że barierki są ustawione tuż przy samym podeście, tak więc pierwszy rząd znajduje się jakieś 2 metry od wokalisty). Na odrobinę szaleństwa nie trzeba było długo czekać, bo pierwszy rząd dość szybko się rozkręcił. I chyba wszystkim się spodobali, bo po każdym numerze byli entuzjastycznie oklaskiwani, a po zakończeniu występu z gardeł kilkunastu osób przez dłuższy czas wydobywał się jeden okrzyk "one more song, one more song!".
Po bardzo udanym koncercie Edgend teoretycznie powinien mieć miejsce przez wszystkich wyczekiwany występ Evergrey, jednak jakież było zaskoczenie wszystkich, gdy na scenie znowu pojawili się Post-Traumatic Stress Disorder. Najwyraźniej w wyniku całej zaistniałej sytuacji z pogodą i problemami technicznymi chłopaki z Evergrey zgodzili się, by jeszcze trochę odwlec ich występ tak, by Włosi jednak zagrali przed warszawską publicznością. Ale i tym razem nie było lekko, bo problemy z nagłośnieniem miały swój ciąg dalszy. Ostatecznie Post-Traumatic Stress Disorder rozpoczęli swój gig ok. 23.00, podczas którego zaprezentowali set złożony z kilku kawałków z debiutanckiego i jak do tej pory jedynego krążka "Burepolom" (2008). Zagrali bardzo energetycznie, a ich styl można ogólnie określić jako kombinację progresywno-alternatywnego metalu, choć słychać tu też wpływy innych podgatunków. Ale dość o szufladkach, przejdźmy do atmosfery. Post-Traumaticowi nie udało się nawiązać aż tak dobrej relacji z publicznością co Edgend, choć pierwsze rzędy ponownie dawały z siebie wszystko i odpowiadały na gesty wokalisty Henry′ego Guya. Jednak zniecierpliwienie innych coraz bardziej dawało się we znaki, zwłaszcza, gdy ktoś z końca sali krzyknął "enough!". Ostatecznie Włosi zakończyli swój gig po 23.30.
Zmiana sprzętu na szczęście trwała ok. 10 minut. Opóźnienie wynosiło wtedy już 2 godziny i na pewno nie jedna osoba zastanawiała się, czy Evergrey w ogóle zagrają. Na szczęście w pewnym momencie na scenę wszedł członek ekipy zespołu i oznajmił, że grupa dziękuje wszystkim za przybycie i cierpliwość, i że na pewno wystąpi. Jak powiedział, tak też się stało i ok. 23.50 upragniony koncert głównej gwiazdy stał się faktem. Światło zgasło, wypuszczono sztuczny dym, a z głośników ryknęło podniosłe intro. Wszyscy wrzasnęli z zachwytu, gdy muzycy jeden po drugim zajmowali swoje stanowiska i rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Blinded". Fani nie tracili czasu i ręce, włosy i cała reszta z miejsca poszły w ruch. Od razu dodam, że wraz z początkiem tej trasy Evergrey występuje z trzema nowymi muzykami - gitarzystą Marcusem Jidellem (Royal Hunt, Pain), basistą Johanem Niemannem (ex-Therion) i perkusistą Hannesem Van Dahlem, których przedstawił wokalista i gitarzysta Tom S. Englund. I tego nowym nie można odmówić - wszyscy na żywo spisali się świetnie!
Grupa zagrała ponad półtoragodzinny set, na którym nie zabrakło utworów zarówno z nowszych, jak i starszych albumów. Wśród zaprezentowanych numerów znalazły się m.in. "Obedience", "Soaked", "Rulers Of The Mind", "Mark Of The Triangle", "Solitude Within", "Monday Morning Apocalypse", "Nosferatu", "Still In The Water", "The Masterplan", czy "I′m Sorry", podczas którego Tom oddał refren fanom, którzy jednym głosem odśpiewali: "And I′m sorry, this illusion has caused you a lot of pain, and I have no solution, I′ll try to never be back again". Nie obyło się bez refleksyjnych momentów, czyli lekko przearanżowanej ballady "Words Mean Nothing", dedykowanej zmarłemu w niedzielę (16 maja) Ronniemu Jamesowi Dio. Ten gest został entuzjastycznie przyjęty przez fanów, zwłaszcza, że dało się wtedy wyczuć symboliczną obecność Ronniego (m.in. dlatego, że kilka osób przyszło do Progresji w koszulkach z DIO i Heaven & Hell). Po krótkiej przerwie na bis poleciało poruszające i pełne rozmachu "When The Walls Go Down", "Recreation Day", "Broken Wings" i zamykające set "A Touch Of Blessing". O ile na płytach Evergrey może nie brzmi jak najcięższa metalowa kapela, tak na koncertach daje takiego ognia, że nie powstydziłaby się go niejedna deathmetalowa ekipa z wieloletnim stażem. Trudno jednoznacznie stwierdzić, który kawałek wywołał największą euforię, bo publiczność reagowała dziko na wszystko, czym uraczyli ją Szwedzi. A w poniedziałek, przez tak długie oczekiwanie, wszystkim udzieliło się to ze zdwojoną siłą. Widać to było także po zespole, a szczególnie po wokaliście Tomie, który garściami czerpał energię od fanów. Co chwila zaczynał klaskać, na co w ciągu sekundy odpowiadała mu cała sala, przekomarzał się z osobami wykrzykującymi tytuły kawałków i stroił miny do pozostałych muzyków. Na specjalne słowa pochwały zasługuje też nowy gitarzysta Marcus Jidell, który przeskakiwał z jednej strony sceny na drugą i tuż przed twarzami osób z pierwszego rzędu popisywał się mistrzowskimi solówkami.
Występ skończył się ok. 1.30 w nocy. Tuż po ładnych ukłonach całego zespołu, ogłuszających owacjach i wymianie uścisku dłoni z pierwszymi rzędami Tom oznajmił, że za chwilę wyjdą do fanów. Nie minęło 15 minut, a cała piątka bez jakiegokolwiek gwiazdorzenia i na zupełnym luzie popijała piwo, żartowała i robiła zdjęcia z każdym chętnym. Gdyby nie to, że każdy fan doskonale wie, jak wyglądają, możnaby ich w ogóle nie wziąć za osoby publiczne. Tak więc złe dobrego początki. I choć tamtego wieczora Progresja nie pękała w szwach, to ci, którzy przybyli i cierpliwie wytrwali, udowodnili, że są w stanie dać z siebie tyle samo, co kilka lub kilkanaście razy większy tłum! A wszystkie początkowe komplikacje wydają się być śmieszne i odległe po tak arcyznakomitym koncercie.
Podobne materiały
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane

Na oficjalnej stronie internetowej Madonny pojawił się wpis o planowanych koncertach. W notce można przeczytać, że 1 sierpnia artystka odwiedzi Polskę, a dokładnie wystąpi na Stationie Narodowym w Warszawie. >>

SMOKESTACK to komin, z którego kopci się rock, blues, rythm ‘n blues, soul, funk, czyli fuzja tylko dobrych dźwięków. Założycielem i liderem projektu jest Krzysztof Siewruk. >>

Wczoraj w Indianapolis odbył się wielki finał rozgrywek futbolowych, czyli Super Bowl. Tradycyjnie mecz otworzyło imponujące widowisko muzyczne. które w tym roku uświetniła Madonna wystylizowana na Kleopatrę oraz towarzyszący jej tancerze – gladiatorzy. >>

7 lutego 2012 na scenie Hard Rock Cafe Warsaw zobaczymy grupę Farben Lehre. Koncert odbędzie się w ramach wtorkowego cyklu Pepsi Rocks. >>

Jego prawdziwe imię to Wally De Backer. Do niedawna znany głównie w Australii, po wielkim sukcesie singla promującego album „Making Mirrors” stał się internetowym fenomenem. To bardzo źle. >>

20 lutego 2012 roku odbędzie się premiera koncertowego DVD zespołu Pidżama Porno, zarejestrowanego podczas zeszłorocznego koncertu zespołu na Even Horizon Festival w Łodzi. >>

Przez całą jesień 2o11 cała Polska ekscytowała się występami Piotrka w The Voice of Poland, gdzie doszedł do samego wielkiego finału i zajął w nim trzecie miejsce! >>

Dobranocka zaprasza w dniu 13.02 .2012 (poniedziałek) o godz. 20.30 na kolejna odsłonę- niepowatrzalnego Jazz Jam Session.
>>
Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Zaproś do stacji znajomych
Newsletter



























