Cztery bardzo gangsterskie i bardzo przepakowane postaci z Kazumą Kiryuu na czele staną do obrony Tokio przed falą nieumarłych słaniających się po ulicach w nadziei na znalezienie ciepłego posiłku (najlepiej jeszcze żywego i krzyczącego). Będąc dokładnym – nasi zgnili milusińscy terroryzują dzielnicę o nazwie Kamurochou. Siły zbrojne Japonii postanowiły odciąć ten teren od reszty kraju tworząc wielką barykadę. Co z tymi, którzy zostali po drugiej stronie? Oni powinni martwić się sami o siebie. I tak też robią.

Gra ma być zejściem z poważnej ścieżki, jaką zmierza seria, stanowiąc kawałek intensywnej rozrywki i akcji, w której liczy się przede wszystkim to, ile pocisków jesteśmy w stanie wystrzelić do naszych oponentów. Oczywiście, żeby nie było zbyt normalnie, kluby z hostessami i salony gier będą także zawarte w powyższym tytule.
Yakuza of the End kojarzy się z dużo bardziej rozrywkowym, luźniejszym Resident Evil 4. Widać, że gra została zrobiona ze sporym przymrużeniem oka i ma przede wszystkim bawić. Ciężko doszukać się w niej jakiegokolwiek sensu, co nie przeszkadza w jej pozytywnym odbiorze. To kolorowy kolaż wizji Johna Romero, seriali anime i bardzo modnego na Zachodzie wyżywania się na zombies. Czy taki koktajl może dać radę? Oczywiście, że może.

Do dyspozycji dostaniemy wielki wybór broni, czołgi, tony celów, ciekawą stylistykę (nie mówcie, że ulice Tokio nie posiadają swoistego magnetyzmu) i kolejną dawkę tego specyficznego klimatu zaszczucia towarzyszącego każdej grze utrzymanej w podobnej tematyce.
Warto pochwalić Segę za tak ciekawy ruch i sensowne rozwijanie swej serii. Być może będzie ona nowym motorem napędowym firmy po niezbyt udanym Sonicu i zbyt hardcore’owym dla ogółu Virtua Fighterze. Z pewnością przypływ gotówki by im się przydał i pozwolił na ponowne wejście na szczyt, z którego zbyt szybko spadli.










więcej »


























