Ludzie kontra demony (tutaj zwane Malfested). Wojownicy światła vs czempioni mroku. Soul Calibur i Soul Edge – dwa miecze, pierwszy będący zawsze orężem wybrańców, drugi przeklęty, zmieniający tych dzierżących go w ucieleśnienie zła, czyli lazurowego rycerza Nightmare. I niekończąca się rywalizacja między obiema stronami. Tak od zawsze pisała się fabuła serii Soul Calibur, klasycznej bijatyki z broniami, której historia sięga połowy lat 90′tych. Ta odsłona jednak zaskoczy nas na kilku frontach.
Zacznijmy może od story. I tu mamy powiew świeżości, gdyż dotychczasowe ważne postacie schodzą na plan boczny, min. Siegfried, który był głównym protagonistą serii. Tym razem bohaterem gry jest Patroklos, syn Sophity Alexander, wędrujący po świecie w poszukiwaniu swojej zaginionej siostry Pyrrhy, nieświadomy roli jaką odegra wraz z nią w dalszych wydarzeniach. To właśnie rodzeństwo Alexander gra tutaj pierwsze skrzypce. Sama Sophita, jak się prędko dowiadujemy została zamordowana przez Tirę, wojowniczkę z okrągłym ostrzem i zemsta za śmierć matki jest właśnie jednym z katalizatorów krucjaty Patroklesa, a przez to zarazem fabuły.
Starych fanów być może zasmuci wieść, że sporo postaci zostało z gry usuniętych. Poza Sophitą, która grywalna była od początku serii, twórcy pozbyli się też innych pań – Taki, Talim, Cassandry (siostry Sophity) oraz Seong Mi-na. Co ciekawe repertuar mężczyzn nie uległ większym zmianom. Z tych często pojawiających się zniknął właściwie jedynie Yun-seong. Mimo wszystko szkoda, że paru starych wojowników się nie ostało - kilku z nich miało naprawdę imponujące i oryginalne style. Obyci w tej serii spotkają sporo starych znajomych: Aeola, Astarotha, Cervantesa, Hilde, Ivy Valentine, Maxi, Mitsurugi, Nightmare′a, Raphaela, Siegfrieda, Tirę, Voldo i Yoshimitsu (z tych ważniejszych). Ale ponieważ tylu wojowników zniknęło w ich miejsce developerzy wstawili sporo nowych postaci. W Soul Calibur V poznacie:
-
świtę orientalnych wojowników Maxiego: Natsu (uczennicę Taki), Xibę (którego młody wiek, wielki apetyt i umiejętność walki kijem każą mi go porównywać nieco do Goku) i Leixię (młodą Chinkę, używającą do walki miecza z ojczystych stron)
-
wojownika Z.W.E.I., korzystającego z miecza o potrójnej rękojeści, wraz ze swoją partnerką, jasnowidzącą Violą
-
wspomniane już dzieci Sophity – Patroklosa i Pyrrhę
Soul Calibur to również gra znana z kuriozalnych gościnnych wystąpień. W poprzedniej edycji można było grać chociażby bohaterami z Gwiezdnych Wojen. W piątej odsłonie bijatyki obecnością swą zaszczyca nas (zgodnie z zapowiedziami) bohater gier Assassin′s Creed, tzn. Ezio Auditore da Firenze. I tu muszę przyznać, że asasyn niesłychanie dobrze wpasowuje się w klimat tytułu. O ile obecność Yody, czy Dartha Vadera mogła strasznie kontrastować z resztą zawodników, o tyle ten szlachcic z Florencji świetnie współgra z historyczno-fantastyczną atmosferą gry, a jego ukryte bronie dają okazję do ciekawego stylu walki.
Kolejne zmiany można odnaleźć już po rozpoczęciu dowolnej walki. Próżno szukać tutaj znanego „Soul Gauge”, a i „Critical Finishes” nie uda nam się wykonać. Ten system walki odszedł do lamusa i twórcy zastąpili go nowym. W Soul Calibur V mamy nowy pasek, który napełnia się podobnie do „super meter” ze Street Fightera IV, a gdy go napełnimy będziemy mogli stosować bardzo łatwe do nauczenia się „Edge” (tzw. ataki Brave Edge oraz Critical Edge). Ataki te są stosunkowo mocniejsze im więcej zapełni się nasz pasek i wyglądają one wtedy bardziej efektownie.
Nowości odnajdziemy też w ruchach blokujących. Otóż blokowanie ulega ułatwieniu, ponieważ nie musimy już przewidywać precyzyjnie ciosów przeciwnika. Ruch zwany Guard Impact pozwala nam zatrzymywać praktycznie wszystkie ciosy (nawet te, które z definicji nie powinny być możliwe do zablokowania) niezależnie z jakiej wysokości nadejdą. Wbrew pozorom nie psuje to jednak całkowicie gry, ponieważ by był skuteczny trzeba wyegzekwować blok w odpowiednim momencie, a perfekcyjny blok zabiera nam cenny zasób mocy z paska, którego potrzebujemy do wykonywania Edgów. Dobrze wykonany Guard daje też możliwość szybkiej reakcji i kontry. Wyuczenie się i opanowanie zdolności parowania będzie kluczowe dla każdego sukcesu w Soul Calibur V.
To co bardzo spodobało mi się w tej grze to także fakt, że można w niej doskonale manipulować poziomem trudności. Soul Calibur V może być banalną grą dla początkujących i tych którzy chcą nauczyć się grać ulubioną postacią. Może jednak stać się niesamowicie niemiłosierny, nawet karzący dla osób wybierających wyższe poziomy i lubiących wyzwania. Wszystko oczywiście zależy od ustawienia stopnia trudności, ale w tej części jest to naprawdę dobrze zrobione. Chcemy się pobawić? Będzie łatwo. Chcemy się sprawdzić w boju? Będzie trudno. Zawsze byłem wyczulony na najmniejszy brak zbalansowania w bijatykach, a tu stwierdzam z całą przyjemnością, że jest to wykonane dobrze dla wszystkich postaci.
Tak jak w pozostałych seriach gracz mogą również niszczyć strój/zbroję przeciwnika. Odpowiednio mocny cios sprawi, że w następnej rundzie oponent walczyć będzie bez części swej garderoby. Nowością jest tu możliwość obchodzenia przeciwnika dookoła, co daje dużo nowych możliwości strategicznych i pozwala nam na uskoczenie przed ciosem. Dla miłośników bijatyk, którzy pierwszy raz trzymać będą Soul Calibura w ręce dodam, że system walki różni się tu od innych gier tego gatunku. Dominuje tu domyślnie zasada gry do 3 zwycięstw, a nie do 2 jak w przypadku większości podobnych pozycji.
Znany z poprzednich odsłon Ring Out, czyli wywalenie przeciwnika z pola walki także teraz zmienia nieco formę. No, przynajmniej na kilku arenach. Zrzucenie przeciwnika z niektórych ringów skutkuje nie tylko zwycięstwem w rundzie, lecz też rozpoczęciem następnej rundy na niższym pułapie mapy.
W nowym Soul Caliburze powraca też opcja dla kreatywnych. Można znowu urzeczywistnić swoje fantazje w systemie tworzenia postaci. Można dostosować sobie do własnych potrzeb anatomię (talię, głowę, wielkość ramion itp.), fryzurę a także zbroję i styl walki. Niestety, wiele z tych rzeczy jest ukrytych, więc zanim będziemy mogli stworzyć sobie wymarzony ideał wojownika minie kilka godzin odblokowywania.
Jeśli o grafikę idzie Soul Calibur to seria, która zawsze mogła pochwalić się szatą na wysokim poziomie i część piąta nie robi wyjątku na tym polu. Jakość jest przepiękna i zarówno areny jak i wykończenie postaci przykuwa oko i jest kolejnym czynnikiem, który zachęca by przy niej pozostać. Nie od dziś wiadomo, że seria Soul jest inspirowana klimatami anime, zresztą jak i większość japońskich bijatyk. Zawsze uważałem to za in plus i wydaje mi się, że takie podejście zapewnia tej serii sporo dodatkowych fanów.
Technicznie gra jest na wysokim poziomie, zaiste. To samo tyczy się dźwięku i muzyki. Dźwięki robią wrażenie, bardzo realistyczne. Głosy są świetnie odegrane i aktorzy przekonują mnie swoją intonacją. Jednak mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu muzyka. Choć wiadomo, że to jedynie tło dla walki to czasami bywa ono istotne, a nierzadko wpływa na „epickość” starcia. Zwykle bardzo szybko potrafię wyszukać swoje ulubione „theme”y w takich grach, a potem używam ich nagminnie. Tutaj jednak miałem problem, bo prawie wszystkie melodie przypadły mi do gustu. Przy każdym wyborze planszy eksperymentowałem z nowymi i miałem naprawdę kłopot stwierdzić, które są lepsze, a które gorsze. A ponieważ każda muzyka jest przypisana innej postaci znacząco różnią się od siebie w klimacie (jest nawet wariacja muzyki z Assassin′s Creed, specjalnie pod walki Ezio). Może to sprawa gustu, lecz jak dla mnie muzyka zasługuje na porządną pochwałę.
Gra zasługuje też na ogromny, naprawdę ogromny jak na dzisiejszą generację gier plus. NIE MA W NIEJ BŁĘDÓW! Tekstury nie nachodzą na siebie, gra się nie zacina, ilość klatek na sekundę nie ulega spadkowi... no po prostu bomba. Ekipa z Project Soul wykonała kawał solidnej roboty. Lubię to!










więcej »



































