Oczywiście, na wstępie przyznać trzeba, że Sean Penn jest wybitnym twórcą filmowym, ostatnio eksperymentującym również jako reżyser. Warto przytoczyć w kwestii reżyserskiej obraz najważniejszy w jego dorobku, czyli „Wszystko za życie” z 2007 roku. Jednych ten film zawiódł, bo był przewidywalny, nudny, zbyt mdławy, naiwny, zbyt poprawny, wygładzony i wyniosły. Mnie ta produkcja jednak urzekła, a przede wszystkim ukazanym w niej motywem drogi oraz sposobem przedstawienia wolności, swoistego poznawania życia z pięknymi krajobrazami w tle oraz znakomitą muzyką spod szyldu Eddiego Veddera. Niby nic szczególnego, ale jednak chwyciło za serce. Ten film to porzucenie wszystkich potencjalnie ważnych wartości oraz poświęcenie się własnemu szczęściu, a także osobistemu spełnieniu. Droga do przedstawienia tych wszystkich rzeczy może i była trochę prosta i niekiedy banalna, ale Penn wyeksponował kilka innych niuansów. Na ocenę tego obrazu wpłynęły głównie szczegóły, niewielkie role - wszechobecna wolność, ciepło bijące z ekranu, piękne krajobrazy. „Wszystko za życie” tchnęło we mnie optymizm, można rzec - poznawczy, uświadomiło, że nie muszę się podporządkowywać, że jednak potrafię i mogę swobodnie dokonywać wyboru, że umiem dostrzec piękno w świecie niematerialnym. A według mnie, właśnie to chciał pokazać reżyser. I udało mu się, nie odbiegł od konwencji, kurczowo się jej trzymał oraz porwał na dwie i pół godziny wspaniałej opowieści. Powróćmy jednak do jego ról jako aktora, bo to one są tutaj najważniejsze. Kilkoma kreacjami wręcz wgniótł mnie w fotel, sprawił, że serce zaczęło walić niczym oszalałe, że potrafiłem zakochać się w filmie i czerpać z niego inspiracje w życiu codziennym. Wszystkich jego produkcji nie widziałem, przyznaję, ale zobaczyłem tyle, ile wystarczyło mi na wyrobienie sobie o nim opinii.
Po raz pierwszy zobaczyłem Penna bodajże w „Samie” z 2001 roku. Szybciej trafiły do mnie produkcje z jego udziałem pochodzące z XXI wieku, co jest zrozumiałe. Tych wcześniejszych filmów (zrobionych w XX wieku) albo nie udało mi się zdobyć, albo ich liczba jest zwyczajnie znikoma. „Sam” zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Zwłaszcza, że u boku aktora wystąpiła urocza Dakota Fanning. Swoją drogą, opowieść przedstawiona w tym filmie była bardzo wrażliwa. Penn wystąpił w głównej roli - jako upośledzony i opóźniony w rozwoju mężczyzna, walczący o prawa rodzicielskie do swojej córki. „Sam” pokazał siłę, z jaką człowiek potrafi poświęcić się drugiej osobie, w bardzo delikatny i trafny sposób wynaturzył to, co jest ważne oraz to, co zbędne w życiu. Po raz kolejny w kinie ukazano człowieka upośledzonego wraz z jego wszystkimi problemami. Bo czy niedorozwinięty mógłby zostać ojcem dla córki oraz stanowić dla niej oparcie, jeśli jest na takim samym stopniu rozwoju, jak ona? To pytanie nie jest jednoznaczne. Poza tym „Sam” ma jeszcze jedną ukrytą metaforę. Z pewnością każe nam cieszyć się życiem. Tak w skrócie. Nakłania, aby docenić to, co się ma, ponadto nie kusić losu. Niby proste, ale obraz naprawdę wzrusza. Za gardło chwyta właśnie rola Penna, która jest niewątpliwie mocnym elementem filmu, o ile nie kluczowym. „Sam” nie jest wyciskaczem łez (przynajmniej w moim mniemaniu), czy też mdławym dramatem, jest bowiem czymś więcej. Historia człowieka niedorozwiniętego umysłowo zawsze narażona będzie na pewną dozę hiperboli i przenośni, trzeba się do niej po prostu odpowiednio nastawić. W tym filmie nie ma plastikowych postaci, zestawienia elementów rzeczywistości na zasadzie kontrastu, czyli próby stworzenia świata dobrego i złego. Produkcję wypełniają uczucia, wielka oraz prawdziwa miłość, a także piękno poświęcenia. Po jakimś czasie od seansu może stwierdzimy, że niektóre momenty w „Samie”
zostały zbytnio przesadzone (uwrażliwione), ale nie to jest najważniejsze. W pamięci zostaje głównie poruszająca rola Seana Penna.
Powróćmy do XX wieku. Penn dał się już zauważyć dzięki dobrej roli w „Ofiarach wojny” z 1989 roku. Sam film był o wojnie w Wietnamie, tylko z nieco innej perspektywy. De Palma ukazał tam nie piekło frontu walki, lecz zakwestionował ludzką moralność i jednocześnie bronił stanowiska, że człowiek to człowiek, nie zasługuje na brutalne traktowanie - czy to w czasach pokoju, czy na wojnie. Sean wcielił się tam w postać brutalnego sierżanta, działającego bez skrupułów, porywając bezkarnie wietnamską dziewczynę i gwałcąc ją wraz z kilkoma kolegami z armii, w samym sercu wojny w Wietnamie. Rola ta pokazała charyzmę aktora, jego zaangażowanie w graną przez siebie postać. Amerykański aktor miał w tej produkcji o tyle trudniej, że wystąpił w najbardziej negatywnej roli w całym filmie. Pozostając przy kinie wojennym - Penn zagrał jeszcze w tego typu produkcji z 1998 roku - „Cienkiej czerwonej linii”. Bardziej jednak zapadł w pamięć jako brutalny sierżant Meserve w „Ofiarach wojny”.
































