Nie wiem czy można też powiedzieć, że każdy kolejny film z jego udziałem to papka dla mas, nagłaśniana przez wszystkich. Jego fenomen jako gwiazdy medialnej polega głównie na klasie „samej w sobie” tego artysty, jego swoistej fotogeniczności, faktu, że jest wszędzie rozchwytywany, stanowi jedną z największych gwiazd XXI wieku oraz jest jednym z najbardziej wpływowych aktorów Hollywoodu. Ja jednak pragnę zwrócić uwagę, porzucając aspekty komercyjne i medialne, że Clooney ostatnio stara się zerwać z wizerunkiem (tylko i wyłącznie) gwiazdorka o niebiańskim uśmiechu, robi coś więcej, jego twórczość i aktorstwo to stawianie coraz wyżej kolejnych poprzeczek, poruszanie trudnych tematów, nawet tych politycznych. Jako świetny aktor nie dba ostatnio o zbytnie nagłaśnianie filmów, w których występuje, można powiedzieć, że spełnia się, poszukuje ambitniejszych ról, staje się społecznikiem, bardziej aktywistą niż produktem popkulturalnym. W tej roli, w szeroko pojętym znaczeniu, jest bardzo przekonujący, przynajmniej dla mnie.
Clooney stosunkowo długo szukał swojego miejsca w Hollywoodzie. Zdecydowanie jego kariera nabrała tempa dzięki „Ostremu Dyżurowi”, lecz rola w serialu na początku wcale nie przekładała się na filmowe sukcesy. Początkiem dobrego były występy w takich filmach jak „Szczęśliwy dzien” u boku Michelle Pfeiffer czy „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza w 1996r. Później znowu było gorzej- „Peacemaker”, potencjalnie sensacyjny hit, nie okazał się wielkim kinem, nie spełnił oczekiwań, ale fatalnie było dopiero w „Batmanie i Robinie”, w którym Clooney zagrał Bruce’a Wayne’a. Sam George nie wpłynął za bardzo na poziom filmu, gdyż ten sam w sobie okazał się klapą i totalnie nieudanym przedsięwzięciem. Lepiej było w chwalonym „Co z oczu, to z serca” Soderbergha, a najbardziej przełomowym z dotychczasowych filmów okazała się „Cienka czerwona linia”, która weszła na ekrany kin w 1998r. Obraz ten uważany jest przecież za jeden z najlepszych wojennych produkcji w historii kina, zdobył 7 nominacji do Oscara- niestety żadna z tych nominacji nie przełożyła się na nagrodę.

Początek XXI wieku to dla Clooney’a kilka znaczących ról. Warto wskazać na komercyjny „Gniew Oceanu” oraz wcześniejsze role w „Bracie, gdzie jesteś?”- klimatycznej komedii Joela Coena oraz w telewizyjnym i dość nagłośnionym w USA „Ocalić Nowy Jork” o tematyce polityczno- wojennej. Trudno zrozumieć natomiast dlaczego Clooney’a zwerbowano do „Małych agentów”- „przygodówki” dla dzieci, zresztą nieudanej. Można to jednak uznać za nic nieznaczący incydent, bowiem w tym samym roku (2001) na ekranach kin ukazał się pierwszy, prawdziwy i kasowy hit z Clooney’em w roli głównej- znany i lubiany „Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra”. Film ten przyniósł mu niekwestionowaną dłużej sławę, a współpraca z Soderberghiem okazała się owocna. „Ocean’s Eleven” jako obraz stricte rozrywkowy, z doborową obsadą, przyciągnął do kin miliony widzów na całym świecie, zebrał pochlebne recenzje i zarobił naprawdę dużo pieniędzy. Filmy o przekrętach, finansowych rywalizacjach, o złotych chłopcach umiejących bawić się w zakręcone intrygi zawsze przecież cieszą się zainteresowaniem publiki. Kolejnym filmem, zrodzonym z współpracy Clooney’a z Soderberghiem był „Solaris” z 2002 roku. Przyjęto go z mieszanymi opiniami i nastrojami. Jedni zarzucali mu nudę, a Soderberghowi fakt, że do końca nie wykorzystał potencjału książki Lema. Inni natomiast traktowali „Solaris” jako swoistą metaforę, zabawę formą reżysera, taki trochę eksperyment właśnie na miarę Stevena. Jako film „Solaris” zrobił jednak niemały szum i sam uzyskał kilka nominacji do ważnych filmowych nagród (m.in. do Złotego Niedźwiedzia).
Clooney jako re
żyser zadebiutował już w 2002 roku, w filmie pt. „Niebezpieczny umysł”, w którym również zagrał drugoplanową rolę. W głównej natomiast obsadził Sama Rockwella- charyzmatycznego aktora, który doskonale pasował do roli człowieka zatraconego gdzieś miedzy niepojętą rzeczywistością, a snem, nie mogącym też poradzić sobie z podwójnym życiem. Takiego faceta grał właśnie Rockwell- „Niebezpieczny umysł” był filmem poniekąd biograficznym, opowiadającym historię prezentera telewizyjnego, doskonałego i kreatywnego swoją drogą, którego drugim zajęciem była współpraca z CIA- odpowiedzialna i niebezpieczna, wyczerpująca. Clooney zrealizował swoje małe dzieło z wielką precyzją, przemyślał każdy szczegół, a jego kino nie było wcale efekciarskie, wręcz przeciwnie- ciężkie i trudne w odbiorze dla przeciętnego widza. A historia prezentera telewizyjnego, cieszącego się sławą w całych Stanach Zjednoczonych, który jednocześnie jest mordercą i oprawcą oraz współpracuje z CIA, nadaje się przecież na kawałek dobrej rozrywki, mogłaby być haczykiem na przyciągnięcie widza, który często lubi takie intrygi oraz zatraconych bohaterów- mówiąc kolokwialnie, dla wielu „psycholi”. Clooney jednak pozostał przy konwencji poważnej, mającej zmusić widza do refleksji. Dlatego też trudno oceniać postać graną przez Rockwella jako typowego „psychola”, reżyser bowiem bardzo skrupulatnie przedstawił w swoim filmie proces prowadzący do degradacji tego człowieka, jego zatracenia, zagubienia własnej osobowości.








więcej »




























