Obie opowieści oparte na rewelacyjnych historiach straciły cały swój potencjał po ekranizacji. W przypadku „Samurai Champloo” jest zupełnie inaczej. To wciągająca produkcja, którą można oglądać dosłownie bez przerwy.
Ta historia została oparta na dwóch obszernych tomach mangi, która nie tylko w Japonii szybko zyskała bardzo dużą rzeszę fanów. Opowiada o perypetiach nietypowej trójki przyjaciół, których związek rozwija się wraz z przebiegiem fabuły. Głównymi bohaterami są Mugen - rozbójnik z wyspy Ryukyu (wg. Japończyków ludzie stamtąd pochodzący są dziwni) posługujący się bardzo specyficznym sposobem walki. Jest także ronin Jin - żyjący według reguł rewelacyjny szermierz, który nawiązuje do postaci stworzonych przez mistrza samurajskich opowieści - Akiry Kurosawy. Trzecim członkiem zespołu jest młoda dziewczyna o imieniu Fu, której głównym celem jest znalezienie samuraja o zapachu słonecznika. Ta misja łączy całą trójkę, gdyż chcący się ze sobą pojedynkować Jin i Mugen przysięgają dziewczynie, że pomogą jej znaleźć tego człowieka, a dopiero potem wyrównają rachunki.
Właściwie to jest główny nurt opowieści, aczkolwiek nasi bohaterowie spotykają na swojej drodze wielu ludzi, którzy dodają mnóstwo wątków pobocznych - czasami nawet ważniejszych niż sam „słonecznikowy samuraj”. Cały serial przepełniony jest wieloma symbolami zapożyczonymi z okresu, w którym postaci się poruszają. Jest to przełom wieku XVII i XVIII, który pełen był ciekawych wydarzeń historycznych w kraju kwitnącej wiśni, a także osób, do których momentami nawiązuje anime. Serial będzie nie lada gratką dla ludzi, którzy mają pewne obycie z językiem i kulturą Japonii, co dotyczy świetnych gagów językowych czy symbolicznych, jak pochodzenie Mugena i fakt, że jego imię oznacza nieskończoność. Jest to istotne w momencie, kiedy Jin stara się nauczyć swojego towarzysza hiragany (45 sylabogramów japońskich, którymi da się zapisać każde japońskie słowo) i Mugen w żaden sposób nie jest ich w stanie przyswoić twierdząc: że wszystkie są takie same! Podpisuję się pod tym obiema rękami... Wydarzenia okraszone są rewelacyjną oldschoolową hip hopową nutą, która nadaje bardzo ciekawego odcienia i klimatu, a przez to seria staje się bardziej przyswajalna dla młodszej grupy widzów. Podczas jednej ze scen, dojdzie do pojedynku z wojownikiem beatboxerem, który dla oglądającego będzie bardzo frustrującą postacią (można porównać go do Killer Bee z anime/mangi „Naruto”).
W czasie poszukiwania samuraja o zapachu słonecznika, bohaterowie zmierzą się z yakuzą, bandytami, stręczycielami, a także będą rozwiązywać problemy zwyczajnych ludzi, którzy potrzebowali po prostu pomocy. Nie obejdzie się również bez twarzy szukających zemsty czy płatnych zabójców. Akcja jest bardzo płynna i kreską przypomina nieco „Afro Samuraia” (który notabene też ma wyraźną atmosferę funky), a animacja urzeka szkicem oraz zdjęciami walk, których w serii nie brakuje zarówno w wykonaniu Mugena (jego styl to mieszanka breakdance, capoeiry, a może nawet kung-fu), jak i Jina (cięcia mieczem w stylu Miyamoto to uczta dla oka). Całość dopieszczają gagi oraz lekki, ale nie irytujący humor - sprawiając, że fabuła mimo swojej powagi, posiada lekką nutkę, nazwijmy to tęczowego wiatru, pozwalającą na pełne rozluźnienie.
„Samurai Champloo”, który w wolnym tłumaczeniu oznacza „scretchującego samuraja” to bardzo ciekawa i jak wspominałem wcześniej wciągająca historia, która pozostawia ogromny niedosyt po 26 odcinkach, z których się składa. Jest dojrzała, zabawna, świetnie zrealizowana oraz oprawiona niczym zabawka w bardzo ładnym opakowaniu, która nigdy się nie nudzi. Za jej reżyserię odpowiada w końcu człowiek, który podpisał się pod znakomitą serią „Cowboy Bebop”. Polecam nie tylko fanom gatunku, bo można zakochać się w japońskiej animacji po obejrzeniu przygód Mugena i reszty drużyny.
































