Produkcja ta ponad przeciętność się raczej nie wybija, nie pretenduje do miana klasyka, nie chce być serialem ponadczasowym i to akurat pozytywnie wpływa na postrzeganie „Castle”. Oprócz tego ma niezłych bohaterów, którzy stanowią istotny dodatek do całości.
Receptura na fabułę jest dość prosta. Kate Beckett jest panią detektyw, która bawi się w rozwikłanie tajemniczych morderstw, rażąco podobnych do tych opisanych w bestsellerach słynnego pisarza- Richarda Castle. Nic więc dziwnego, że tytułowy Castle pomaga jej w prowadzeniu śledztwa. Ta nie jest z tego faktu zbytnio zadowolona, bo Richard już od samego początku jest nonszalancki, eksponuje swoją atrakcyjność, nie lubi być poważny, sprawia wrażenie przebiegłego lisa, który bawi się z Kate, ciągle żartuje, irytuje swoją „partnerkę”, wprawia ją w zakłopotanie oraz robi niepotrzebny szum. Nasi bohaterowie ze sobą jednak współpracują, Castle jest bardziej doradcą Beckett, towarzyszy jej praktycznie zawsze w pracy, ale oboje nawzajem sobie przeszkadzają. Każdy odcinek to kolejna sprawa do rozwiązania, bardzo tajemnicza, a przy dochodzeniu Richard praktycznie zawsze okazuje się być przydatny ze względu na swoje spiskowe, kryminalne, książkowe teorie. Bardzo często też przeszkadza, wpadając w zbędne tarapaty. Zawsze wszystko jednak kończy dobrze, bohaterowie stopniowo się poznają i tak z odcinka na odcinek. Nic poza tym. Gdzieś tam na drugim planie pokazywane są również inne relacje, takie jak Richarda z córką lub charakterystyczną matką (swoją drogą ikoną serialu), ale najważniejsza jest jednak znajomość Castle i Beckett.
To czego mi w tej produkcji brakuje to konsekwencji. „Castle” jest serialem nierównym pod względem koncepcji jakiej się trzyma. Relacje jakie tworzą nasi bohaterowie do poważnych nie należą, konstruowane są na podstawie luźnych i niekiedy ironicznych dialogów, które mają stworzyć łatwostrawną atmosferę. I rzeczywiście tak jest, lecz kiedy w grę zaczyna wchodzić prowadzone śledztwo oraz jego rozwiązanie, towarzyszy nam pewien niedosyt (a przynajmniej mi). Wszystko polega na tym, że każdy odcinek rozpoczyna się od morderstwa, przedstawianego w sposób niewiążący, niby makabryczny, ale z pewnym dystansem (co nie musi być wadą oczywiście). Następnie, teorie na temat intrygi robią się tajemnicze, nasycane są lekkim mistycyzmem, co niewątpliwie robi wrażenie. Taka atmosfera kończy się jednak, kiedy bohaterowie całkowicie docierają do sedna sprawy. Epizod żegna nas poczuciem niedosytu, bo końcówka zamiast tłumaczyć ów mistycyzm, trzymać się konstruowanej koncepcji, z powrotem wraca do początkowej, tej krążącej wokół ironii i braku powagi. A niestety na takie zabiegi serialowi zwyczajnie nie wystarcza środków. Powodem tego stanu rzeczy jest fakt, że aktorzy mogliby być lepiej dobrani, a i reżyseria trąci niekiedy amatorszczyzną oraz brakiem wyczucia klimatu. „Castle” czasami sprawia wrażenie, jakby dążył do skromnego i przyjemnego połączenia „Californication” (postać Richarda i jego relacje z kobietami) oraz „Bez śladu” (intrygi kryminalne), lecz to nie zawsze do końca wychodzi. Nie można się po tym serialu niczego wielkiego spodziewać, bo jako „zabijacz czasu” i sposób na odpoczynek się sprawdzi, ale nic ponadto. Nie można też tej produkcji na wstępie skreślać, bo stanowi dobrą rozrywkę, więc tym którzy szukają trafnego połączenia komedii i kryminału, na pewno się spodoba.
„Castle” jest serialem stacji ABC. W tej chwili w USA można oglądać już trzeci sezon. W Polsce produkcję wykupiła TVP 2, lecz do tej pory nie zgromadziła spodziewanej publiczności przed telewizorami.








więcej »



























