Co gorsza, większość takich produkcji nie ma kompletnie sensu i jest bezwartościowa. Oczywiście, przemysł filmowy hurtowo odpowiada na zachcianki widzów i produkuje obrazy, w których każdy znajdzie coś dla siebie oraz "prawie" wszystkim to odpowiada. Takie są prawa kultury masowej. Znanej zresztą jako bezrefleksyjnej i upowszechniającej odejście od jakichkolwiek wyższych wartości. Ja jednak jestem opozycją. Nie zaliczam się do fanów komedii romantycznych.
Z roku na rok standardy czy myśli przewodnie produkcji określanych mianem miłosnych są coraz gorsze i oklepane. Gatunek ten zmierza w ślepą uliczkę. Głównie przemysł amerykański. Takie produkcje jak "Brzydka prawda", "Nowszy model", "Stary, kocham Cię", "Wyznania zakupoholiczki", "Moja wielka grecka wycieczka", "Dziewczyna mojego kumpla", "Moja dziewczyna wychodzi za mąż" to tylko przykłady wtórności i podatności na puste trendy przez Hollywood. Już nawet tytuły tych filmów są coraz bardziej wymyślne, a ich celem jest chyba odstraszenie widza od pójścia do kina. Przynajmniej na mnie tak to wszystko działa, lecz sądzę, że niektórych jednak to przyciąga.
Przyznaję, są wyjątki. Niektóre filmy określone mianem komedii romantycznych powalają na kolana, lecz to tylko nieliczne przedsięwzięcia, które potwierdzają regułę. "500 dni miłości" zdecydowanie ucieszył, choć za bardzo nie wiązałbym tego filmu z gatunkową komedią romantyczną. Wszystko przez wgląd na świetny scenariusz, nie uwzględniający przesłodzonego happy-endu, znakomite i błyskotliwe aktorstwo, odwrócenie konwencji. Ten obraz niejako zmusza do refleksji, daje nadzieję, jest uniwersalny, prawdziwy oraz nie przedstawia do końca szczęśliwej miłości, ale nie jest też pesymistyczny. "500 dni miłości" jest wiarygodny, nie tylko dlatego, że brak tam szczęśliwego zakończenia, ale również ze względu na optymistyczną oprawę filmu. Kochankiem, który cierpi nie jest kobieta tylko mężczyzna o wyjątkowo romantycznej duszy. Takich filmów jak ten brakuje, dlatego naprawdę warto go obejrzeć.
Powracając do tematu. Ostatnio staram się unikać jak ognia komedii romantycznych, lecz zdarzyło mi się obejrzeć kilka tandet. Np. "I love you, Beth Cooper". Ależ dziwny to obraz. Nie rozumiem dlaczego do - i tak głupiej - historii miłosnej, twórcy dorzucają jeszcze bardziej niemądre wątki głównych bohaterów, przedstawiając ich jako typowych nieudaczników. Całość drażni. Obejrzałem także "17 again". Nie wiem, czy jest to do końca komedia romantyczna, bo przecież gra w niej zawodowy koszykarz, utalentowany aktor Zac Efron, który w filmie naprawia, już jako dorosły mężczyzna, swoje błędy z przeszłości. Ale i tak wszystko sprowadza się do miłości. Obraz ten jest tak bezduszny, że aż żal na niego patrzeć. Amerykańscy twórcy chyba za bardzo chcieli uprościć przesłanie filmu, aby nie zmusić rodaków do myślenia. Korzystajmy z życia, lecz nie tak bardzo żeby przez resztę dni naszej egzystencji pokutować! Urocze.
Biorąc również pod uwagę kilkuletnie produkcje, nieco sztuczny wydaje mi się hit "Jak stracić chłopaka w 10 dni". Takie filmy po prostu do mnie nie przemawiają. "Holiday" z 2006 roku również jest wyjątkowo ckliwy, choć to zupełnie inna bajka. Trochę świątecznego klimatu oraz dramatu nieco zmieniają moje spojrzenie na ten obraz. Kolejnym przykładem filmowej głupoty jest "Idealny facet" (2005) z Hilary Duff w roli głównej. Powszechnie wiadomo, że aktorka jest obiektem kpin na całym świecie. W roli głównej Hilary jako słodka dziewczynka, wystąpiła również w "Szansie na sukces" oraz w "Historii Kopciuszka". Nie warto tracić czasu dla takich filmów.
W każdej komedii romantycznej miłość jest wyolbrzymiana, sprowadzana do prostych schematów, wielokrotnie słodzona, przekłamana i zwyczajnie sztuczna. Każdy szuka w takich filmach być może ukojenia, poprawienia humoru lub przynajmniej wyleczenia kompleksów. Nie potrafię cieszyć się produkcjami, które o rzeczach nierealnych opowiadają z pełnym realizmem. Za każdym razem w komediach romantycznych znajduję miłość, która w normalnym świecie nie jest możliwa. Po prostu nie potrafię relaksować się podczas oglądania tego typu widowisk. A kino niestety staje się powoli tanim źródłem rozrywki.
Nie oznacza to, że w ogóle nie lubię filmów o miłości. Wręcz przeciwnie. Przecież "Moje wielkie greckie wesele", "Terminal" czy "To właśnie miłość" to obrazy spod szyldu komedii romantycznych. A jednak mają coś w sobie, swój własny klimat, wyróżniają się z tłumu ciekawym scenariuszem, ciepłem, niebanalną historią czy charyzmatycznym aktorstwem.
Natomiast "Moja wielka grecka wycieczka", która powstała kilka lat po "Moim wielkim greckim weselu" nie jest już tym samym, co poprzedniczka. Nie ma w sobie greckiej charyzmy, historii, która jednocześnie wzrusza i bawi. Widać w niej niestety zbyt dużą ingerencję hollywoodzkich łapsk, które z filmu zrobiły papkę dla mas. Niestety.
Jestem romantykiem, lubię filmy o miłości, życiu i przemijaniu. W powyższym materiale pewnie pominąłem wiele ważnych przykładów, przedstawiłem tylko kilka tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Nie lubię komedii romantycznych może dlatego, że nie ma w nich tego, o czym napisałem kilka linijek powyżej. Oczywiście są wyjątki- niestety coraz bardziej nieliczne. A tego już się chyba nie da zmienić. Gatunek poszedł w złą stronę...








więcej »




























