W jakich pięknych czasach przyszło nam żyć. Spośród dziesiątek kanałów możemy wybrać ten, który najbardziej odpowiada naszym zapotrzebowaniom. Kochasz polskie kino? Włącz Kino Polska. Fascynuje Cię fauna i flora? Poszukaj Discovery. Nie wyzbyłeś się dziecięcych marzeń o zawodzie detektywa? Przełącz na AXN. Do wyboru, do koloru. A co najbardziej rajcuje tą większą część Polaków? Oczywiście seriale. Zwykłemu śmiertelnikowi trudno zliczyć obecnie emitowane, gdyż do puli wciąż zostają dodawane nowe propozycje. Biedny musi rezygnować z jednego na rzecz innego. Albo urywać seans w połowie, żeby nie przeoczyć ważnego wątku w drugim. Istnieje jeszcze metoda "na powtórki", ale i na to nie zawsze znajdzie się czas. W całym tym bagienku przewija się obyczajówka, kryminał i komedia. Jak się tu nie utopić? Najprościej byłoby pozbyć się telewizora. Ale trzeba przyznać, że to dosć brutalna metoda. Tu odważę się przytoczyć taktykę bliskiej mi osoby (nestorki rodu) -ograniczyć się do dwóch kanałów. I tak zaczynamy od "Mody na sukces", później "Klan", "Plebania", "Barwy szczęścia", no i -jakże by inaczej- "M jak miłość". Ponoć na dzień wystarcza . Zwracając uwagę na to, iż jest to sposób opracowany przez osobę starszą, należałoby się spodziewać, że młodzieży on się zbytnio nie spodoba. TVN ma atrakcyjniejszą ofertę. "BrzydUle", "Majki", "Julie". Proste, krótkie, nieskomplikowane. No i o MIŁOŚCI! Na czym polega fenomen każdej z pozycji?
Każdy z w/w seriali obowiązuje ten sam schemat. Na początku poznajemy dziewczynę znajdującą się na życiowym zakręcie, która postanawia zacząć życie od nowa. Już w pierwszym odcinku wiemy z kim będzie w ostatnim i kto przez całą serię będzie próbował ich rozdzielić. W trakcie pojawia się drugi adorator, będący ostoją i oparciem dla bohaterki, w chwilach, kiedy ta zaczyna powątpiewać w celowość trwania w relacji z tym właściwym, bądź gdy została przez niego pozornie zdradzona/wystawiona. Nieświadomie go rani, ale widz specjalnie się tym nie przejmuje. On wie, że tylko z dobrodusznym przystojniakiem będzie szczęśliwa. Przeczekuje więc odcinki pełne niepewności, trochę się pomartwi, poekscytuje, łez parę uroni. Ale podświadomie wie, że wszystko skończy się szczęśliwie.
Aby nie było tak słodko, a widz nie popadl w błogostan, wymyślono coś takiego jak zły charakter. Wredna, zimna i wyrachowana, piękna, zadbana i pewna siebie. Zachowując wcześniejszą kolejność: Hirsch, Żukowska i Żmuda-Trzebiatowska. Przy tak wyraźnie zarysowanych charakterach młode, mało znane aktorki giną, a po zakończonej edycji, jeśli nie wezmą udziału w "TzG", rozżalone odchodzą na serialowe bezrobocie. Szkoda tych gwiazdek, bo pewnie świetlana przyszłość im się widziała. Flesze, nowe propozycje, no i pieniądze oczywiście. A tu zyskują dobrze znani i lubiani. No i trzeba ciut feministycznie wygarnąć- mężczyźni. Przynajmniej na jakiś okres, zostając nowymi bożyszczami kobiet i nastolatek: Bobek, Ciachorowski (?! kwestia sporna), Wieczorek.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy odnalazłam informację, iż do jednego z seriali, w jakimś stopniu, przyczynił się Wojciech Smarzowski. Wykorzystując modne ostatnimi czasy sformułowanie, pytam- wtf? Czyżby potrzeba szybkiego zysku udzielała się również twórcom jego pokroju? Nie, żebym była nieżyczliwa, ale mam nadzieję, że miał poważniejszy ku temu powód... Bojąc się o swoje samopoczucie nie drążyłam tematu, aby nie trafić na kolejny taki przypadek.
W całym tym światku serialowym, pozornie pięknym, wręcz bajkowym, istnieje pewna niesprawiedliwość. TVN idąc na łatwiznę wykupuje zagraniczne formaty, dostosowując gotową historię do polskich realiów. A tu, w "dwójce", miliony się ciężko zarabia. Toć gdyby nie królowa seriali, caryca Ilona Łepkowska, nie poznalibyśmy Lubiczów, Burskich i Mostowiaków, a stacja nie mogłaby pozwolić sobie na, niekoniecznie chętnie oglądane, programy publicystyczne. Ale widownia jakoś się podzieli i na jedno, i na drugie się wyrobi. Obiad zje z TVN-em, a kolację (przy świecach, a raczej świetle emanującym z ekranu telewizora) z "dwójką".








więcej »




























