Poszłam wczoraj za przykładem części moich, nazwijmy to, rówieśników, którzy w ten uroczy piątkowy wieczór postanowili na chwilę odejść od popularnych amerykańskich seriali i Skyrim’a i powrócić na chwilę do zamierzchłej przeszłości lat dziewięćdziesiątych, co umożliwiła nam jedna ze stacji telewizyjnych. Słuszna decyzja, nota bene, bo mało jest piękniejszych rzeczy niż powrót do dzieciństwa. Szczególnie, jeśli to dzieciństwo pisane było tak pięknymi zgłoskami, jak stare, dobre disnejowskie bajki. I mówię tu całkiem poważnie- dziś już nikt takich rzeczy nie kręci. Jestem strasznie dumna, że chyba nie przesadzając, mogę powiedzieć, że reprezentuję ostatnie pokolenie wychowane na tych arcydziełach. Dzisiaj wytwórnia Disneya kręci High School Musical i Hanna Montanę. Fakt ten pominę może milczeniem.
W mojej głowie jednak, pod słowem Disney na zawsze będzie się kryła cała gama przeżyć, z czego większość pisana była pięknymi animacjami i historiami, które uczyniły mnie lepszym człowiekiem. Pamiętam, jak dziś, jak poszłam do kina na Zakochanego kundla. Miałam może z 5-6 lat, a do dziś pozostaje to w mojej pamięci, jako jedno z największych przeżyć dzieciństwa. I nie potrzebowałam do tego Ipoda, a o istnieniu laptopów raczej nie miałam pojęcia.
Najważniejszą jednak rzeczą w tych bajkach było to (choć dostrzegam to dopiero z perspektywy lat, jako stara, mądra świeżo upieczona dwudziestolatka), że te bajki bawiły i uczyły zarazem. I to w sposób tak niewymuszony, że przekorne dzieciaki nawet nie zauważały, jak niemal automatycznie wchłaniały dobre wzorce. Co więcej, wydaje mi się, że te filmy ani trochę się nie zestarzały. Do dziś wzruszają i chociaż, jak już powiedziałam, jestem stara i mądra, to niczym dzieciak spędziłam półtorej godziny wpatrzona w telewizor, jak zaczarowana. Co przeczy teorii, że w filmie musi co chwila coś wybuchać, albo ginąć główny bohater, żeby przyciągnąć widza.
To dowodzi tego, że jako fałszywe usprawiedliwienie dzisiejsza kultura podaje sobie znudzonego odbiorcę, który wymaga akcji, szaleństwa i innowacji. Tak naprawdę, niewielu jest już w stanie przyciągnąć do kin widzów czymś, co jest po prostu piękne i mądre. Zawsze musi być kalejdoskop obrazów, pościgi, albo co najmniej seks i flaki. I niestety to udziela się najmłodszym, którzy jak świat światem, znacznie bardziej wolą oglądać dorosłe filmy niż te dla nich. A nieświadomi niczego rodzice im na to pozwalają, bo zwyczajnie brakuje alternatywy. A potem jest narzekanie na te dzisiejsze dzieci. I że słuchają Justina Biebera. No a co mają robić, jak wychowuje ich Wujek Komputer i Ciocia Pornografia?
A ja wyciągnęłam z szafy zakurzone kasety VHS (tak, Drogie Dzieci, kiedyś dawno, dawno temu nie było dvd i blue-ray) i szczęśliwie stwierdziłam, że moja kochana rodzina nie pozbyła się jeszcze starego, wysłużonego odtwarzacza owych nośników. To dało mi parę godzin naprawdę boskiej rozrywki. W tych czarnych plastykowych pudełkach kryłam się bowiem ja sprzed lat. I jak w podstawówce dokonywałam z Pocahontas wyboru między swoim ludem, a ukochanym. Którego do dziś jej nie potrafię wybaczyć, ale w tym przypadku, obejrzenie sequelu przynajmniej nie pozostawiło mnie we frustracji.
I wtedy wpadłam na „wisienkę na torcie”, czyli mój absolutnie najukochańszy film z dzieciństwa- Mulan. Ogólnie rzecz biorąc, to jedna z niewielu bohaterek filmowych, z którymi się identyfikuję. I teraz, z perspektywy czasu sama nie wiem, czy to dlatego, że tyle razy obejrzałam ten film, czy po prostu taka jestem. Tak, czy inaczej film obejrzałam z radością, przypominającą spotkanie dawno nie widzianego przyjaciela. Po czym wpadłam na szatański pomysł. Obejrzę sobie Mulan 2 (która jakoś umknęła mojej uwadze, wtedy, gdy miała swoją premierę), a co- jak szaleć, to szaleć! I to był jeden z gorszych konceptów mojego życia. Dzięki prawdziwej Mulan, nauczyłam się walczyć z Hunami (choć wtedy nawet nie wiedziałam, kto to Hunowie, ale to tylko dodawało całemu doznaniu pikanterii), a teraz dowiedziałam się, że wszystko rozbija się o niezgodność charakterów. Nie, nie i jeszcze raz nie, wymazałam z głowy tą pomyłkę i przeszłam dalej.
W ramach zamknięcia mojego cyklu wspominkowego (co wymusiła mina mojej rodziny, gdyż zajmowałam telewizor od rana), pokusiłam się o klamrę. I odszukałam kasetę z Królem Lwem 2. Może trochę po to, żeby dodać sobie wiary w sequele, a może po prostu miałam ochotę. Tak czy inaczej symbolicznie zamknęłam swój powrót do dzieciństwa. Razem z dzieciństwem.
Wyłączyłam telewizor, wyjęłam kasetę i poszłam dalej być dorosła z uśmiechem. I teraz powiedzcie mi, czy Wasze ambitne filmy też to potrafią?








więcej »




























