I w zasadzie powinnam teraz potępić wszechświat za brak zrozumienia dla niechętnej komercji duszy patrz - mnie. Wszechogarniająca radosność przyprawiająca o zawrót głowy. Dobrze, że ostatnio prawie nie wychodzę z murów uczelni. I w zasadzie moja wędrówka po świecie równa się pokonaniu dystansu między Sławetnym Kampusem Głównym, a moim ukochanym przedmieściem, gdzie wrony zawracają, ale jest mój własny osobisty kubek herbaty z cynamonem. Gdybym jeszcze nie musiała przejeżdżać przez umajony niczym na festyn Nowy Świat. Warszawa ma w sobie coś zakłamanego. Zdobimy się niczym młódka na wesele, a tak naprawdę i tak większość z nas wróci na święta do domów. Setki kilometrów od Stolicy. A panna zostanie sama pośrodku parkietu wokół smętnie przemykających cieni maruderów, którym zabrakło w ich marnym korporacyjnym żywocie chwili na kupienie prezentów najbliższym. Ale wkrótce i oni znikają i w chwili kulminacji radości, Warszawa jest całkiem sama, choć błyszczy świetlistością miliona klejnotów.
Wróciwszy do domu, zapalam światło mojego małego podmiejskiego królestwa. Wdychając z lubością zapach bergamotki w powietrzu, sunę ku jej źródłu. Szafa z płynnym nektarem przyciąga mnie narkotycznie. Kipiącym warem zalewam ambrozję i w oparach zimowego wieczoru, ciągnąc za sobą smętnie fioletowe kapcie, zmierzam z powrotem ku królestwu. Nieco rachityczne już kroki kieruję teraz ku niepozornej szafce w rogu pokoju z równie niepozornymi, bynajmniej nie równo poustawianymi pudełkami. W tych pudełkach jest wszystko. Dzieciństwo, pierwsza miłość, dorastanie, kłopoty i smutki. To magiczne miejsce to moja półka z filmami. Na wieczór z mamą, na radochę, na smuta. Oczy moje chciwie negliżują plastykowe prostokąty. I wreszcie następuje ta upragniona chwila, kiedy tęskna tego jednego widoku wpadam na trop ofiary. Z półki pospiesznie zdejmuję jedno z pudełek. Pełne jest w sobie mojego dzieciństwa i wspomnień. I działa niczym prozak. Choć uzależnia znacznie mocniej.
Lekarstwo powoli rozpływa się w moich żyłach wraz z pierwszymi minutami napisów, które z wolna zaczynają pojawiać się na ekranie. Po chwili widzimy sielski obrazek amerykańskiej prowincji i dziewczynę, która opowiada o historii pewnych wakacji, na które pojechała z rodzicami. Chce wstąpić do korpusu pokoju i ratować świat. Jej siostra natomiast zostanie jego ozdobą. Rodzice natomiast są porządnym żydowskim małżeństwem z lat sześćdziesiątych. On- utytułowany lekarz marzy tylko o tym, by jego ukochana córka została kimś ważnym. Drugiej wystarczy to, że jest ładna.
Żadne z nich jeszcze nie wie, że te wakacje będą pamiętne dla wszystkich. I kilku pokoleń nastolatek z moim na czele. I nie dajcie sobie wmówić, że ten film da się zremake’ować. Ta kubańska wersja jest do niczego. No i nie ma Patricka. W jego roli obsadzono chłopca, któremu zdecydowanie za dużo brakuje, żeby mógł być mężczyzną. Ale może trzynastolatkom się spodobał. W to nie wnikam.
Dla mnie Dirty Dancing jest jednym z pierwszych filmów, który zarejestrowałam w swoim krótkim życiu. I takim zostanie. I niczym lek na całe zło przenosi mnie w inny świat. O piosenkach nie wspominając. Poza Grease i bohaterem mojego wywodu, niewiele jest dzieł, z których każda melodia, nawet lecąca przez chwilę w tle, stała się przebojem wszechczasów.
I tak oto niewinna historia dziewczyny z wyższych sfer, niosącej arbuzy na potańcówkę obsługi hotelowej stała się dla mnie wyznacznikiem dorosłości.
A teraz leczy ze smuta. Wraz z pogłębianiem się miłosnej fascynacji dziewczyny, której imię poznamy długo po połowie filmu i chłopaka, którego wuj zapisał do związku zawodowego malarzy pokojowych, moje myśli wędrują ku odmętom niebiańskim. A herbata stygnie rozsiewając dalej swój niebiański zapach. Schodząc nieco z piedestału moich górnolotnych dywagacji, znacznie przyziemnej stwierdzam, że są filmy, które się nigdy nie znudzą. Po wypłakaniu wszystkich łez na She’s like the wind dochodzą również do wniosku, że choćby nie wiem jak starali się scenarzyści Zmierzchu, to nie trzeba wampira-amanta i jego wiecznie zadumanej ukochanej, aby stworzyć piękną historię o miłości. I powiem szczerze, że w tej kwestii chyba więcej znaczy mniej.
Im mniej słów pada i im mniej jest całej oprawy, tym bardziej widać treść. Są przecież filmy, w których całe uczucie między bohaterami odbywa się niemal niewerbalnie. Ci którzy widzieli Rycerza króla Artura wiedzą, co mam na myśli.
Sen, który powoli nuży moje powieki, sprawia, że z trudem dotrzymuję do Time of my life. I rzeczywiście to było kolejne półtorej godziny mojego życia. Po raz milionowy. Bo są filmy, które się nie starzeją. Tylko z biegiem lat po prostu zmieniają się z hołdu oddanego temu, o czym marzymy w odę do wspomnień.








więcej »




























