Na tyle była zajmująca, że cud chyba tylko uratował leżące na stole produkty spożywcze od podniebnych ewolucji na miarę co najmniej kpt. Wrony, choć ich lądowanie mogłoby być mniej spektakularne. Być może to właśnie troska o niewinne owoce i wędliny pozwoliła nam na chwilę porzucić filozoficzne dywagacje i zakończyć żywot rzeczonych w bardziej chlubny sposób. To jednak nie rozwiązało podstawowego problemu, który dane nam było przedyskutować w gronie mojej artystyczno-naukowej rodziny, bynajmniej nie zakosztowawszy słodyczy konsensusu.
Tym problemem jest bowiem, jak daleko znamię czasu odcisnęło swoją złowieszczą pieczęć na naszych sztukach wizualnych, które to dosłownie i pośrednio kipią wprost od…seksualności. I tam, gdzie nie wiesza się na symbolach religijnych genitaliów, wkrada się kino. A w tymże do wyboru do koloru, film familijny- soft porno, od 16 lat- ostrzejsze, od 18 lat- perwersja. I to oczywiście w ramach poprawności politycznej i tolerancji dla światopoglądów. A przyjmijmy może istnienie jednostki nieprzystosowanej, dajmy na to mnie, która to ma inny światopogląd i uważa, że to, co dzieje się w sypialni powinno tam zostawać? Ale nie, artyści filmu przecież dbają o moją wszechstronną edukację seksualną. We wszechmiarze swej łaskawości nie mogą przecież pozwolić mi tkwić w głębokiej nieświadomości tego, jak fajnie wygląda obsceniczność na dużym ekranie.
W filmie obyczajowym, albo dramacie. Jakiś gwałcik? Proszę bardzo, może być nawet w 3D. I to oczywiście w imię sztuki. Swoją drogą nie ma chyba bardziej nadużywanego pojęcia w dzisiejszych czasach. Rodzice kupili Ci lustrzankę? Świetnie- jesteś artystą- fotografikiem, bo sfotografowałeś swoje buty. Albo roznegliżowaną dziewczynę. To drugie nawet lepsze, będzie więcej „lubię to”. Tak samo dzieje się z filmem, niemal w każdym musi być co najmniej rozbierana scena, bo w przeciwnym razie nie będzie sztuki. A właściwie widza, bo przecież chodzi o to, żeby się sprzedało. Musi też trochę zszokować, ale to przecież rozumie się samo przez się. Kochamy skandale. I siać zgorszenie. A potem wszyscy dziwią się, że wyrasta pokolenie bez emocji.
Przepraszam bardzo, karmi się je zewsząd nagością i seksualnością, więc nie ma się co dziwić, że trzynastolatki pragną zaznać tego, co ich ulubiona bohaterka. A, że biologia jest nieubłagana, to dzieci rodzą dzieci. W kulturze, gdzie najwyższą wartością jest ciało i prowokacja to normalne. I teraz powinnam powiedzieć, że jestem dewotką, by co poniektórzy mogli pokiwać głowami z politowaniem, myśląc „no tak, ma wyprany mózg klerykalną propagandą”. Niestety nie powiem, bowiem ja po prostu gorszę się sama z siebie. Może mnie źle wychowano do tych czasów, ale nie podoba mi się to, że zniknęło już niemal całkowicie coś takiego jak cenzura obyczajowa. Jakkolwiek niepopularnie to nie zabrzmi. W czasach niczym nieograniczonego internetu, samodzielny dostęp do pornografii przestał być już problemem, więc dlaczego u licha nie daje się nikomu wyboru? Przecież można kręcić filmy bez uciekania się do golizny i seksu.
Otóż to właśnie, Moi Drodzy jest pójście na łatwiznę. Łatwiej zrobić film, który przyciągnie do kin widzów skandalizującą sceną zbiorowego gwałtu na piętnastolatce, niż dzieło, które nie pokazując nic, powie wszystko. Tęsknię do czasów, kiedy pewne rzeczy trzeba było sobie dopowiadać, a wyobraźnia dawała znacznie większe pole do manewru niż nagi biust aktorki.
Wydaje mi się, że przez obsesję wolności wyrazu, którą się nas karmi, zatraciliśmy coś, co w odbiorze sztuki najważniejsze- własną interpretację. Wszystko podaje się nam na talerzu. Posłużę się tu może pewnym przykładem, choć nie łudzę się, że kogoś on przekona. Mianowicie słynne bollywoodzkie zakazy całowania się i scen rozbieranych. Może to dla nas być objaw zacofania, ale tamtejsi odbiorcy sztuki filmowej świetnie wiedzą, że ich największym sprzymierzeńcem jest wyobraźnia. Twórcy natomiast , zamiast pokazywać rzeczy w sposób oczywisty, muszą uciekać się do symboli. I tak, taniec w wodzie oznacza igraszki, a pocałunek w szyję jest właściwie pocałunkiem w usta. I tak dalej… Dzięki temu zachowuje się ta odrobinę magii, którą powinien w nas zostawić film.
Z własnego podwórka- kiedyś bardzo lubiłam Macieja Stuhra, ale odkąd zobaczyłam jego „walory” ze stanowczo zbyt bliska na wielkim ekranie w 33 scenach z życia, już nigdy nie spojrzę na niego tak samo. I raczej nie zrozumiem znaczenia, jaki miał jego marsz w adamowym stroju przez pokój dla całości obrazu. Zauważyłam z niekrytym niepokojem, że nagością i obscenicznością z lubością posługują się twórcy tzw. „kina ambitnego”, stąd moja głęboka obawa, związana z prostym pytaniem „O Soli Tej Ziemi, na co Wam to?”.
Teraz podniesie się głos wielu, grzmiący ponad górami i lasami, że misją artysty jest pokazywanie życia we wszystkich jego aspektach. I ja z uporem maniaka znów zapytam- dlaczego? Czyż sztuka nie powinna nam dostarczać przede wszystkich przeżyć estetycznych? We mnie natomiast coraz częściej wizyta w kinie albo galerii, zostawia obrzydzenie zamiast zachwytu. I raczej nie ma człowieka, który mi wmówi, że tak powinno być. A zapewniam, jest wiele filmów, które dają do myślenia nie epatując cielesnością i ohydą.
Przyjmując jednak „wolność”( tylko czy narzucanie jej innym nie jest przypadkiem niewoleniem?) , jako cel szczytowy naszej konsumpcyjnej cywilizacji, uznaję, że są tacy, którzy lubią patrzeć na to, co powinno zostawać w sferze domysłów. Po to właśnie powstały kiedyś te dziwaczne trójkąciki i kwadraciki w kolorowych obwódkach, tylko właśnie- kiedyś. Dziś nikt ich już nie respektuje. Nie dalej jak wczoraj, byłam w kinie na filmie Immortals, który do subtelnych, delikatnie rzecz ujmując, nie należy. Innymi słowy sieczka, aż piszczy. Po wyjściu z kina zobaczyłam radosną rodzinkę, gdzie tatuś z uśmiechem na ustach tłumaczył swojemu góra dziesięcioletniemu synowi, że może to nie był najlepszy film dla niego. Istotnie, ale kto by się przejmował takimi szczegółami, ważne, że dzieciakowi się podobało.
Dlatego i miliona innych powodów cieszę się, że wyrosłam w pokoleniu (może ostatnim), które miało dzieciństwo, a nie komputery. Przyjaciół, a nie piksele. I cieszę się też, że mnie mama wyganiała na wszystkim chyba znanej scenie z Czterech wesel i pogrzebu z pokoju. Dzięki temu zyskałam coś znacznie cenniejszego niż plastikowe postaci i wszechwiedza przed podstawówką.








więcej »





























