I jeśli już podjęliśmy wyzwanie opcji numer jeden, już od progu przybytku filmowej rozkoszy uderza nas w nozdrza z mocą huraganu odurzająca woń prażonej kukurydzy. Następnie przychodzi wyzwanie numer dwa- nasze zmysły opanowuje mieszanka meksykańskich przekąsek i sosów, zwanych dalej naczosami. I wszystko przyprawione gęstym sosem wielkomiejskich rozkoszy klasy średniej. I piszę to z pełną świadomością brzmienia niczym zgorzkniała słuchaczka stacji, której imienia nie należy wymawiać zbyt głośno.
Nie wyprzedzajmy jednak faktów, bowiem pierwszą przeszkodą, która staje przed nieszczęsnym miłośnikiem sztuki wizualnej na wielkim ekranie, jest kasa biletowa. A tam radosna kasjerka obwieszcza nam straszliwą nowinę, iż cena półtoragodzinnej uczty kulturalnej oscyluje wokół wartości jej kulinarnego odpowiednika- i to ze zniżką studencką, która tylko podkreśla ironię sytuacji, bowiem przeciętny student ma problem z obiadem, o jego równowartości nie wspominając. Po pokonaniu straszliwej ekonomicznej bariery i dokonaniu iście hamletowskiego wyboru między samorozwojem, a sytością, czyha na nas kolejna zasadzka, oferująca nam strawę i napiwek w iście amerykańskim stylu. Rozdziawiając paszczę spozierają na nas automaty i batony. Jeśli i tą próbę przeszliśmy zwycięsko, nieobładowani toną prażonej komercji, to niechybny znak, iż jesteśmy godni obcowania ze sztuką, a od tej dzielą nas już tylko jedne drzwi. Przekroczywszy je, stajemy sam na sam z panoramicznym wszechbytem. Onieśmieleni tym doznaniem, zajmujemy miejsca w fotelu, usadawiając się jak najwygodniej w określonym nam przez tak ciężko zdobyty bilet A12, bądź G7. Teraz już nic nie dzieli nas i sztuki. Poza sąsiadem, który ma wyraźnie inny pomysł na spędzenie dzisiejszego wieczoru.
Do uszu naszych dobiega okrutny dźwięk, a nozdrza przepełnia potępieńcza woń papryki i sera. Po głowie plączą się najgorsze przypuszczenia. I tylko odwrócenie głowy dzieli nas od ich potwierdzenia. Tak, najgorszy scenariusz się sprawdza, bowiem sąsiad nasz za towarzystwo podczas seansu obrał sobie naczosy. Z przerażeniem patrzymy na niego pochłeptującego z półlitrowego kubła colę i dłubiącego sobie w zębie w poszukiwaniu zabłąkanej łuski kukurydzy.
Tak oto nim jeszcze rozpoczną się reklam wiemy, że towarzyszem naszym jest Pan Knur. I nim zdążymy otrząsnąć się z pierwszego przerażenia, oczom naszym ukazuje się widok stokroć straszniejszy. Okazuje się bowiem, iż Pan Knur ma ze sobą odpowiednik płci żeńskiej radośnie podchrupujący z nim kukurydziane chrupki i przegryzający garścią białych kulek, wyciąganych z gigantycznego kubła, leżącego na jej kolanach. Jakby jeszcze nie było dość przyjemności podczas dokonywanego przez nas rekonesansu, okazuje się iż Państwo Knurowie, wbrew logice i obowiązującym zasadom dobrego smaku, dorobili się równie szlachetnego potomstwa, które nie mogąc usiedzieć w jednym miejscu czasu, który upłynął od reklamy sieci komórkowej do promocji w sieci znanych supermarketów, zaczyna wzniecać wokół siebie niemiłosierny rwetes. Po chwili białe kulki, nazywane dalej popcornem znaczą już dwumetrową strefę bezpieczeństwa wokół pociechy naszych sąsiadów. Jak łatwo się domyślić, granicą strefy są nasze kolana. No cóż, nie jest źle, cola znajduje się jeszcze w jednym punkcie. Światła przygasają, obwieszczając kres harmidru i początek seansu.
Teoretycznie, bo przed upłynięciem 10 minut okazuje się, że ilość płynu przefiltrowana przez nerki małego Knurzątka, niczym ocean wzbiera w małym pęcherzu, czego owe dziecię nie omieszkuje obwieścić na całą, mocno już zniecierpliwioną salę. To powoduje przemieszczanie się przyczyny zamieszania wraz z jej nieco rozrośniętą w pewnych partiach rodzicielką przez całe pomieszczenie do najbliższego wyjścia. Bynajmniej nie po cichu i nie na palcach. To sprawia, że najbliższe 5 minut seansu jawi się niczym laguna względnie rozkosznej ciszy posiorbywania naszego sąsiada. Niestety jego nader wymowna rodzina wraca zbyt szybko „teatralnym szeptem” narzekając na stan kinowych sanitariatów. „Zgińcie”- myślimy w ciszy, jednocześnie roztaczając przed sobą wizję mąk piekielnych za życzenie ostateczności niewinnej rodzinie. Do czasu, jak się okazuje, bowiem z biegiem filmu spotkanie z Rogatym zmienia się z kary w rozkoszny koniec mąk w porównaniu z tym, co dane jest nam przeżywać w tym przybytku. I pomijając już oczywiście fakt, iż ciężko zrozumieć cokolwiek z akcji filmu, bowiem Pani Knurowa poczuła nagle niepohamowany wewnętrzny imperatyw zrelacjonowania słynnym już teatralnym szeptem mężowi porannej wizyty w spożywczym. W nawiązaniu do filmu oczywiście. Nasz bohater walczy o wolność swojej ojczyzny- o nie! Knurzątku zabrakło popcornu- „nie płacz, mamusia, da Ci swoje”- porozumiewawczo pociesza córkę. Dobrze, przynajmniej dodatkowe milion kalorii wchłonie w siebie dziecko, które jeszcze mieści się w fotelu.
Tak oto minęło pół godziny filmu- część pierwsza. Nerwy na postronku drżą już tylko, żeby skorzystać z leżącego obok szalika i zadusić nieszczęsnych współtowarzyszy, którzy akurat na chwilę zajęli się konwersowaniem na temat fryzury głównej bohaterki. Chociaż konwersacja jest tu za dużym słowem na określenie monologu kobiety, która, jak dostrzegamy kątem oka nie nas jednych doprowadza do szewskiej pasji. Przemieszczając raz po raz swój gigantyczny odwłok ze strony męża do dziecka, które szczęśliwym zrządzeniem losu przysnęło. Niceo chrapiąc, co przy wcześniejszych jękach wydaje się słowiczym śpiewem. „Jedno wyeliminowane”- myślimy- „jeszcze tylko matka i będzie znośnie”- patrzymy na Pana Knura, który obojętną miną wyraża bezkres beznadziei swej egzystencji. „Już tylko godzina”- myślimy, odliczając minuty do końca horroru, który zgotowaliśmy sobie w imię wyższości potrzeb duchowych nad żołądkiem.
Minuty mijają, akcja filmu się zagęszcza, co wprowadza Panią Knurową w stan przypominający półsen. Wielbimy swój los, gdyż jedynym problemem, jaki nam zostaje są naczosy, które niemiłosiernie drażnią zmysł powonienia. W porównaniu jednak z ilością błogosławieństw, jakie na nas spłynęły w postaci dwóch śpiących obok istot jest nieporównywalna z tym dopustem. Tak więc, rozleniwieni chwilową niedostępnością innych problemów koncentrujemy się na filmie, z którego, co zauważamy z przerażeniem, ogarniamy już jedynie fryzurę głównej bohaterki.
Tak oto mija godzina- część druga. Błogostan, otaczającej nas rzeczywistości, zakłóca już tylko fakt istnienia obok nas trzech chrapiących niemiłosiernie osób (bo Pan Knur, po opróżnieniu pudełka z naczosami, również postanowił uciąć sobie drzemkę). Wtem w połowie kontemplacji sztuki z przerażeniem zauważamy, że na ekranie zamiast znanych twarzy hollywoodzkich gwiazdek, pojawiły się mknące za szybko literki. W głowie następuje szybka wymiana myśli i ciało przebiega dreszcz- właśnie dobiegł kresu nasz wyczekany seans kultury. I tak oto skończył się film-część trzecia. Naszych rozkosznych sąsiadów powoli rozbudzają zapalające się światła. I następuje ciąg komentarzy na temat wartości merytorycznych minionego seansu. „Fajnie się razem bawiliśmy, co?”- myślimy rzucając pogardliwe spojrzenie na sól tej ziemi, której mama właśnie wkłada kurtkę. „Świetnie”- szepczemy pod nosem- „nasze dzieci też to czeka”.








więcej »




























