Znamy te historie na pamięć. Miłość, władza i namiętność. I oczywiście wszystko do granic (lub za granice) obłędu. Tak w skrócie i okropnym uogólnieniu jawi nam się Szekspir. Niestety (a może stety) rzadko mamy jednak okazję obcować z dziełami Mistrza tak, jak on by tego sobie życzył. Bo po prostu nam ta estetyka już nie leży. Trochę zbyt patetycznie i wszystko trochę zbyt oczywiste. No i znamy przecież te historie na pamięć. Ale nie ma się co martwić, są już tacy, którzy z wielką chęcią zaopiekują się naszymi lekko przykurzonymi podwalinami kultury. Ci ludzie to Bollywood.
I nie to, żebym nie zauważała, że i u nas wciąż kręci się filmy w oparciu o dzieła Szekspira. Tylko powiedzmy sobie szczerze, niezbyt wiele one do naszego życia wnoszą. I niezbyt lubimy wracać do czegoś, czym nas katowano w szkole. Przez to przestaliśmy już powoli zauważać, jaką kopalnią inspiracji jest dorobek narodowego dramaturga Anglii.
ARCHETYPY
Po pierwsze archetypy. Kochanka, kochanki, króla i całej reszty. Po prostu pełna paleta- do wyboru do koloru. A Indusi kochają korzystać z tego, co dobre…i sprawdzone. Z resztą, w Indiach nigdy oryginalność nie była czymś cenionym. A że własne źródła wykorzystano już na miliard sposobów (i nie to, żeby na tym był koniec-bynajmniej), przyszła moda na oglądanie się na Zachód. A tam proszę bardzo „Terminator”, „Titanic”, „Ojciec Chrzestny”…i William Szekspir. Ten, kto choć mierne ma pojęcie, o czym piszę, zapewnie właśnie uśmiecha się pod nosem przypominając sobie przerysowane historyjki miłosne i rozdzierających szaty zranionych kochanków. Coś Wam to przypomina? No właśnie.
PATOS

Czyli krótko mówiąc teatralność. Dziś śmieszy nas prawdziwa inscenizacja dzieł Williama Szekspira. Z pompatycznymi okrzykami i rozdmuchanymi dialogami. Znacznie bardziej wolimy oglądać coś cichszego i mniej dosadnego. Jednak powiedzmy sobie szczerze- to właśnie tak miało wyglądać. Scena śmierci Romea to jest patos. I to wylewający się drzwiami i oknami. Stąd naprawdę trudno o dobrą europejską, czy amerykańską interpretację tego dzieła. My już po prostu przestaliśmy czuć teatr w dawnym tego słowa znaczeniu. Dziś, nawet, jeśli już któryś z reżyserów pokusi się o sięgnięcie do dawno zamkniętej szuflady z napisem „Tradycja”, to kończy się to postmodernizmem. Nie chcę być niesprawiedliwa, ale po prostu nie przepadam za tym, co się teraz dzieje w teatrze.
Bollywood natomiast jest z tą estetyką za pan brat. I wprost kocha przerysowania. I choć przykłady filmów, które pozwolę sobie przytoczyć później, przeczą mojej tezie, to pierwsze, lepsze „Czasem słońce, czasem deszcz” ją potwierdzi. Ale koniec naśmiewania się, wbrew pozorom naprawdę lubię Bolywood.
MIŁOŚĆ
O miłości w bollywoodzie można by pisać prace naukowe. Nawet ledwie znający to kino odbiorca, zdaje sobie sprawę wokół czego kręci się większość tych filmów. I jest to w większości miłość typu właśnie szekspirowskiego. Wielka, nagła (ach te sceny zakochania od pierwszego wejrzenia!), obezwładniająca i wieczna. No i oczywiście doprowadzająca do czynów ostatecznych. Dlatego większość zachodnich fanów bollywoodu to kobiety. My po prostu lubimy patrzeć, jak ludzie się zabijają dla miłości. I porywają. I śpiewają i tańczą. A później wracamy do robienia kotletów dla naszego rycerza z chmielowym orężem w dłoni, wzdychając pod nosem.
RODZINA
Alternatywnie zemsta. To dla Szekspira był często punkt wyjścia. Plątał historie klanów, wplatał mętne historie z przeszłości i niespełnione ambicje z teraźniejszości. I w środku jakąś miłość. Bardziej lub mnie zdrową. I tak powstawały wahadła- po jednej stronie ja, a po drugiej mój ród. Coś, jak w Indiach. Wyidealizowanych oczywiście. Czyli bollywoodzkich.
I teraz przyszła pora na kilka przykładów. I wybrałam te, które w sposób jak najbardziej oczywisty oparte są na konkretnych dziełach Szekspira. Jest jednak niezliczona ilość takich, które nawiązują do niego w sposób pośredni. I z góry uprzedzę- poniższe filmy, to nie jest raczej bollywoodzki mainstream. Są znacznie cichsze i bardziej stonowane. I po obejrzeniu zostawiają w głowie dziwne uczucia zamiast piosenek.
OMKARA
Już na początku wiemy, na czym twórcy opierali scenariusz. „Otello”. Film zaczyna się ciemno, pusto i dość mrocznie. I monologiem niesamowicie zeszpeconego gwiazdora- Saifa Ali Khana. Do jeszcze gorzej wyglądającego pana młodego. Okradany jest właśnie orszak weselny. Z wesela, którego nie będzie, bo ktoś porwał pannę młodą.
Film jest cichy. Przez to przerażający- o namiętnościach i głupocie. I o perspektywie śmierci. Szekspir w warunkach indyjskich w najlepszym wydaniu. Pozostawia po sobie niepokój i smutek. Nie dla miłośników cukierkowych historyjek ani „prawdziwego” bollywoodu.
I na uwagę zasługują świetne role męskie. Zarówno odtwórcę tytułowej roli- Ajaya Devgana, jak i wspomnianego wcześniej Saif Ali Khana.
MAQBOOL
Film w estetyce „Omkary” (w końcu ten sam reżyser). Również cichy i oszczędny. Oparty na „Makbecie”. Dość wymownie, choć nie podąża ślepo za wzorem. Przystosowany do warunków współczesnych Indii. Historia dzieje się w środowisku mafijnym (jak z resztą w „Omkarze”), co pozwala na dość dokładne oddanie sensu sztuki Szekspira i zależności między bohaterami. Bardzo ciekawie wyzyskano motyw czarownic.
Aktorstwo, którego nie powstydziliby się Europejczycy. Dokładne, dopracowane i bardzo oszczędne. Z resztą, bardziej zorientowanym nazwiska Irrfana Khana i Tabu powinny mówić same za siebie.
QAYAMAT SE QAYAMAT TAK
Film- weteran. „Romeo i Julia”. Pochodzi z 1988 roku i wypromował dwie późniejsze gwiazdy- Juhi Chawlę i Aamira Khana. Bardzo wierny Szekspirowi. Dzieje się w środowisku radźputów (grupa ludzi, wywodzących się z dawnych władców w Radźasthanie- synonimy rycerskości, dumy, waleczności i tradycji. Do dziś bardzo wysoko w hierarchii społecznej.). Od sztuki różni się tym, że wiemy, skąd bierze się nienawiść pomiędzy rodzinami. No i oczywiście mamy do czyniena z warunkami indyjskimi. Mimo maniery, która dominowała w bollywoodzie do końca ubiegłego wieku, całkiem strawnie się ogląda. Znacznie bardziej odpowiada stereotypom o tym kinie. No i śpiewają.
Nie będę kryła, że skoncentrowałam się na filmach, inspirowanych szekspirowskimi tragediami, ale oczywiście komedie również istnieją. Dość, że wspomnę tu „Angoor”- „Komedię omyłek”.
I tak na koniec nie oprę się pokusie dodania, że przy całym moim uwielbieniu dla sztuki indyjskiej, trochę mnie to przeraża, jak bardzo masowa kultura indyjska powoli i sukcesywnie zabiera nam nasze dziedzictwo. I że pewnego dnia przyjdzie taki moment, kiedy okaże się, że Kopernik była nie tylko kobietą, ale i Azjatą.








więcej »




























