Kiedyś, gdzieś przed oczami pojawił mi się nawet „Sok z żuka”, fabularny pierwszy sukces reżysera, ale szybko wyleciała mi ta produkcja z głowy. Dopiero przy okazji pojawienia się w kinach nowego hitu Burtona pt. „Alicja w krainie czarów” postanowiłem odświeżyć sobie pamięć oraz zapoznać z filmami tego znakomitego twórcy. „Edward Nożycoręki” to klasyk jakich mało i trochę mi wstyd, że tak późno ten film obejrzałem. Tim Burton stworzył widowisko godne oglądania milion razy. Z wielu względów.
„Edward Nożycoręki” to nie tylko wspaniała, piękna, a zarazem smutna opowieść o chłopcu - cyborgu, ale też odzwierciedlenie wrednej i złej natury człowieka, niekiedy nie potrafiącego pogodzić się z własną porażką, czasami ogarniętego niepotrzebną żądzą odegrania się, małej zemsty, niewrażliwego na losy innych ludzi, kompletnie zakłamanego oraz zadufanego w sobie. Edward został stworzony przez właściciela wielkiego zamczyska na wzgórzu, który przed skończeniem swojego projektu człowieka-cyborga zmarł i nie zdążył dorobić mu rąk. Edward zamiast dłoni ma więc nożyce. Jest bardzo wrażliwy, z natury dobry, trochę zamknięty w sobie, ale ma duszę wielkiego artysty. Przypadek chciał, aby pewnego dnia odwiedziła go, w jego mrocznym zamku, akwizytorka kosmetyków Peg Boggs. Edward został wręcz zmuszony do ujawnienia się, bo kobieta okazała się dobroczynna i zabrała go do swojego domu. W miasteczku poznał kompletnie inny świat, kolorowy, szczęśliwy, z masą pokus, szczęścia... jednak za tym teoretycznym pięknem kryło się coś, czego sam Edward nie rozumiał.
Film jest ładną metaforą, przedstawioną na zasadzie kontrastu, dość prostą, bo to przecież świat fantazji, ale mimo wszystko, wymowną, dobitną i zrozumiałą. A ta przenośnia zawiera się nawet w jednym zdaniu, które brzmi: istota dobra nie może być zrozumiana i akceptowana powszechnie, w świecie pełnym zła i zakłamania. Moglibyśmy założyć, że tak właśnie jest, bo jeżeli przyjrzeć się temu przesłaniu, można dojść do wniosku, że wcale nie wyolbrzymiamy i rzeczywistość, w której funkcjonujemy naprawdę jest skomplikowana - w gruncie rzeczy zła, a my ją tworzymy. Ta trochę pesymistyczna wizja człowieka nie odnosi się jednak do każdego, bo zarówno w realiach, jak i w świecie „Edwarda Nożycorękiego” istnieją ludzie zdolni do empatii i z natury dobrzy, więc ten sceptycyzm nie jest do końca jednoznaczny.
Edward został okrutnie wykorzystany przez swoją naiwność i nadmierną ufność. Ale dlaczego nie mógłby funkcjonować normalnie oraz być dobrym, skoro taki jest? Nie mógłby, bo to świat jest zły, składający się z ludzi bardziej i mniej wrednych, dlatego odrzuca takie "dziwadło", jakim jest Edward. A ładne samochody, zadbane domy, wodne łóżka, modne ubrania i salony kosmetyczne nie są gwarantem duchowego szczęścia człowieka. Chcąc czy nie, ludzie czynią zło sobie nawzajem, niekiedy czerpią z tego niebywałą satysfakcję, co samo w sobie im to szczęście odbiera - tak samo, jak odbiera im dobro. Edward mimo wszystko odnalazł w filmowym miasteczku osobę, w której się zakochał, dziewczynę o imieniu Kim - córkę pani Peg. Kim jest przykładem człowieka, dla którego wygląd zewnętrzny się jednak nie liczy i który nie popiera wykorzystywania innych dla własnych korzyści. Dlatego dziewczyna jest dobra, przy czym widzi w Edwardzie przede wszystkim miłość, nieodpartą chęć poznania i zaprzyjaźnienia się. To wszystko są proste schematy, ale robią wrażenie, głównie ze względu na piękną postać tytułowego Edwarda, który chce czynić dobro, a jest za to karcony.
Johnny Depp po raz kolejny potwierdził, że jest aktorem odważnym i jednocześnie wybitnym. Na ekranie przekazał widzom wiele emocji, przede wszystkim smutku, żalu, poświęcenia oraz bezgranicznej, czystej, a także bezinteresownej miłości. Chciałoby się mieć przy sobie więcej takich Edwardów. Oczywiście, dzięki wspaniałej roli, Depp całkowicie zdominował resztę obsady, która i tak nie zawiodła. Niektórzy zostali groteskowo przedstawieni, wyolbrzymieni, a inni wykreowani na typowo bezuczuciowych ludzi. Sam Tim Burton nadał tej pięknej opowieści pewną nutkę ironii, głównie poprzez kreację Peg Boggs (Dianne West) - uśmiechniętej aż do bólu kobiety, która przygarnęła Edwarda oraz Joyce Monroe (Kathy Baker) - zapatrzonej w siebie plotkary, seksoholiczki z najdłuższymi tipsami na świecie. Na wymienienie w czołówce zasługuje też Alan Arkin, jako Bill Boggs, mąż pani Peg, który zagrał człowieka nieco zdystansowanego do tego wszystkiego, co dzieje się na świecie. Jak widać, taka postawa jest współcześnie najwygodniejsza...









więcej »
























