Obok Wesa Cravena („Wzgórza mają oczy”, „Ostatni Dom po Lewej”) i Johna Carpentera („Mgła, „Halloween”) niekwestionowanym liderem pod względem ilości remaków jest George Romero, którego filmografia jest wspaniałą pożywką dla żądnych horrorowych rebootów hollywoodzkich producentów. Jego „Noc, Świt i Dzień Żywych Trupów” doczekały się już kilku odsłon, dając m.in przepustkę do wielkiej kariery Zackowi Snyderowi oraz możliwość zaprezentowania swojego reżyserskiego kunsztu Tomowi Saviniemu. Czy po nowej wersji „Szaleńców”, zrealizowanych przez Romero w 1973 roku, do tego chlubnego grona zaliczymy twórcę przygodowej „Sahary” - Brecka Eisnera?
„Opętani” opowiadają znaną z oryginału historię małego amerykańskiego miasteczka, którego zapasy wody pitnej zostają przypadkowo zainfekowane tajemniczym wirusem, wywołującym u zarażonych nim osób maniakalne napady niekontrolowanej wściekłości. W krótkim czasie, spokojne miasteczko zamienia się w prawdziwą strefę walki, kiedy do akcji wkracza, próbujące zresztą zatuszować całą sprawę, wojsko. W takiej właśnie sytuacji poznajemy głównego bohatera filmu, szeryfa Davida Duttona (Timothy Olyphant), który wraz ze swoją ciężarną żoną Judy (Radha Mitchell) oraz garstką ocalałych z osób, próbuje na własną ręke wydostać się ze skażonego wirusem szaleństwa obszaru.
Breck Eisner, wspomagany przez autorów scenariusza - Scotta Kosara i Ray’a Wrighta oraz samego Georga Romero, który zasiadł na stołku producenta, wyszedł ze starcia z kultową - wśród fanów gatunku pozycją - obronną ręką. Obraz twórcy „Sahary” to nieźle zrealizowany film grozy, który dzięki szybkiej akcji sprawi, że podczas seansu zdarzy się wam kilkakrotnie podskoczyć w kinowym fotelu. Realizując film, Eisner zdecydował na zmianę perspektywy, z której możemy śledzić wydarzenia. W oryginale Romero, akcję obserwowaliśmy zarówno z perspektywy mieszkańców miasteczka, jak i z przeprowadzającego kwarantannę wojska. W swoim filmie, reżyser ogranicza się tylko do garstki ocalałych, co dzięki niezłym kreacjom aktorskim Timothy Olyphanta, Radhy Mitchell, a w szczególności Joe Andersona, okazuje się świetnym posunięciem. Na plus należy również uznać świetnie skomponowaną ścieżkę dźwiękową, a także umiejętne budowanie napięcia, czego ozdobą jest mrożąca krew w żyłach
scena, rozgrywająca się w przydrożnej myjni samochodowej.
Film nie ustrzegł się jednak kilku rażących błędów. Końcowy efekt systematycznie budowanych scen napięcia jest nie raz rujnowany słabym dialogiem, bądź zupełnie pozbawioną logiki sceną. Szczytem tego jest finał filmu, który mógłby być znacznie lepszy, gdyby Eisner zdecydował się zakończyć opowieść, równie mocnym akcentem, z jakim ją rozpoczął. Reżyserowi nie udało się także uciec od powtórzeń. Zaskakujące ujęcia, które na początku filmu straszą, po godzinie stają się lekko przewidywalne. Na szczęście, nie ma ich zbyt wiele, dzięki czemu produkcja nawet na kwadrans przed końcem, wciąż potrafi czymś zaskoczyć.
Nowa wersja „The Crazies” to sprawnie zrealizowany, nowoczesny horror. Nie jest to rewolucyjna produkcja na miarę remaku „Świtu Żywych Trupów” czy brytyjskiego „28 dni później”, ale nieźle wypada na tle obecnych produkcji spod znaku kina grozy - unikając przy tym wyraźnego eksploatowania niepotrzebnej brutalności i elementów gore. Mimo kilku wyraźnych wad, film wywiązuje się ze swojego podstawowego zadania - potrafi przestraszyć. Nie jest to obraz, na którym będziecie siedzieli na krawędzi fotela, obgryzając z nerwów paznoknie. Jest to produkcja, która oferuje chwilowe skoki ciśnienia, dawkę humoru i szczyptę absurdu, których w pozbawionym nowych pomysłów filmowym horrorze nigdy za wiele.

































