Ma bardzo wzniosłe ambicje, stara się zwrócić uwagę na zarówno - ogólnie pojętą - trudną drogę ku sprawiedliwości oraz prawdzie, jak i przestrzega przed komercyjnym wymiarem współczesnej telewizji.
Na uznanie w tym filmie zasługuje przede wszystkim rola Davida Strathairna, jako Edwarda R. Murrowa, czyli dziennikarza telewizji CBS, który toczy medialną batalię z senatorem Josephem McCarthym. Ten drugi zainicjował wcześniej dość kontrowersyjną kampanię, w której wniósł o przesłuchiwanie znanych osobistości z branży zarówno politycznych, społecznych, jak i kulturalnych oraz ich ewentualne oskarżanie w przypadku wcześniejszej współpracy z komunistami. Nie byłoby w tej kampanii niby nic dziwnego, lecz jej wykonawcy nie przestrzegali warunków oskarżania obywateli o powiązania komunistyczne. Telewizja CBS posłużyła się więc głośnym przykładem porucznika Milo Radulovicha, który został wyrzucony z Amerykańskich Sił Powietrznych oraz oskarżony o komunizm bez jakichkolwiek istotnych czy przeważających o jego winie dowodów. Wszystko wskazywało na przekręt w kampanii, a CBS chciało nagłośnić sprawę, zwrócić uwagę na społeczny problem, a następnie go rozwiązać. Natomiast senator McCurthy znajdował się pod odstrzałem i chwytał się czasami desperackich prób uratowania własnej wiarygodności. Sprawa stała się stosunkowo głośna, bo program Murrowa oraz jego producenta - Freda Friendly’ego (w tej roli Clooney) -na antenie był znany, oglądany i lubiany. Stare "brudy" były wyciągane na wierzch, wypowiedzi dziennikarza na antenie były wiarygodne oraz rzetelne w przeciwieństwie do bełkotliwych, a także nadzwyczaj patetycznych mów senatora. McCurthy wyciągnął w końcu asa z rękawa i wypomniał Murrowowi jego wcześniejsze powiązania z komunistami, lecz i te informacje okazały się nieprawdziwe lub przynajmniej, a co najważniejsze, zdementowane przez charyzmatycznego oraz traktującego swój zawód poważnie, Murrowa.
Poza głównym wątkiem Clooney rysuje inny, lecz bardziej uniwersalny dla współczesnych czasów. Jest to widoczne w aspiracjach Murrowa oraz kompozycji klamrowej filmu, który rozpoczyna się, jak i zresztą kończy, mową dziennikarza na temat losów telewizji oraz ich ówczesnej roli, a także jaką funckę może ona pełnić w przyszłości. Nawet w latach pięćdziesiątych, telewizja była już narażona na zbyt wielkie zależności pieniężne i komercjalizację. Zaczynała się wówczas kształtować ta najgorsza, pod względem dorobku cywilizacyjnego i kulturalnego, masa biernych odbiorców, których przestała interesować jakakolwiek wiedza na różne tematy. Bo to rozrywka i hedonizm stały się wartościami, który przejęły nad ludźmi kontrolę. Tak przynajmniej myśli się w XXI wieku. W czasach, kiedy dzieje się „Good night ad good luck” zaczęło to się dopiero powoli kształtować, a Murrow stał się symbolem walki o edukacyjną i opiniotwórczą funkcję telewizji. Poza tym, Clooney zwrócił uwagę na szczegóły, pokazując często Murrowa zdenerwowanego, wybitego z rytmu, bujającego w obłokach. A reżyser robił to głównie poprzez nierzadkie zbliżenia na twarz aktora i pokazanie jego nerwowych tików, które było widoczne przed ostateczna konfrontacją Murrowa z senatorem.
W tym obrazie to nie emocje są najważniejsze. Clooney analizuje różne problemy, jedne kończą się „wygraną”, a inne nie. Bardziej pesymistycznie jest z wątkiem Dona Hollenbecka, nieradzącego sobie z presją, jaka na nim ciąży ze strony innych dziennikarzy. Reżyser bardzo poważnie mówi też o trybie dziennikarskiej pracy, prawach, jakimi rządzi się telewizja, pojęciu odpowiedzialności (to przecież Murrow sprowokował konfrontację, a wiedział, że rozpęta tym samym medialną bitwę, więc mógł zrezygnować, lecz tego nie zrobił). Emocje związane z ostatecznym rezultatem głównego wątku są jednocześnie przydatne dla samego oglądania i postrzegania produkcji, bo przykuwają uwagę widza, ale z drugiej strony dają jednak wiarę w możliwości telewizji. Na sukces „Good night and good luck” składa się wiele czynników, które są tak samo ważne. Istotne jest też to, że ten film został perfekcyjnie dopracowany zarówno ze strony technicznej (czarno-białe barwy, świetna scenografia, dynamiczna reżyseria), jak i merytorycznej - nie ma w samej fabule dziur czy wątków, które trudno zrozumieć, a jednocześnie obraz niesie ze sobą pewne idee, przekazuje nam fakty oraz konteksty polityczne lat 50. XX wieku.
Warto wspomnieć też o aktorach. A na oklaski, oprócz wspomnianych już wcześniej Strathairna i Clooney’a, który coraz częściej angażuje się w tematy trudne i ambitne, zasługują: Robert Downey Jr., Patricia Clarkson, Tate Donovan (znany z serialu „Damages”) czy Ray Wise. Wszyscy zagrali głównie role drugoplanowe, a mimo wszystko wnoszą coś interesującego swoimi postaciami do samej fabuły. Każdy z tych bohaterów jest inny, ale też bardzo charakterystyczny. Ich kwestie i sceny, w których występują są dynamiczne - dlatego tym większe brawa, że w obrazie, który zdominował Strathairn, zdążyli zaistnieć.
„Good night and good luck” należy obejrzeć ze skupieniem, a po seansie zastanowić się: "po co tak naprawdę jest telewizja?". Czy po to, żeby prezesi zbijali pieniądze tylko i wyłącznie kierując się wskaźnikami oglądalności? A może jednak lepiej zainwestować w media bardziej funkcjonalne, aniżeli pchać się w rejony już dawno wypełnione i monotonne? Odpowiedzi na tak nurtujące pytania w filmie nie otrzymamy, bo zadaniem obrazu było zwrócenie uwagi na różne zarówno społeczne, jak i typowo dziennikarskie kwestie, np. przedstawienie pracy w mediach od kulis oraz pokazanie, z jak ogromną wiąże się ona presją biorąc pod uwagę stale krytyczną publiczność. Naprawdę ambitny film.
































