Szczerze powiedziawszy - lepiej późno niż wcale. W sumie już się przyzwyczailiśmy do tak opóźnionych premier na polskim rynku kinowym. Niemniej, polecam ten obraz z wielu względów. Wystarczy spojrzeć na obsadę i niebanalną (absurdalną?) fabułę. To właśnie absurd rządzi tym filmem. Przynajmniej tak to wszystko odebrałem. Poza militarnymi specjałami oraz zabawnymi skeczami, mamy w „Człowieku, który gapił się na kozy” ironiczną analizę tego, czego świat potrzebuje, nadużywa oraz jak wiele kwestii źle interpretuje - gubi się, a że machina napędzająca życie działa jak efekt domina, często obserwujemy wokół nas sytuacje wymykające się nam spod kontroli, absurdalne czy tragiczne. Może są to zbyt daleko idące wnioski, bo wymowa tej produkcji z pozoru nie jest aż tak pesymistyczna, lecz warto spojrzeć na drugie oblicze tej opowieści.
Bohaterem jest Bob Wilton, dziennikarz, którego porzuciła żona. Chcąc coś potwierdzić - zarówno sobie, jak i małżonce - zgłasza się jako ochotnik na misję wojskową w Iraku. Przy okazji spotyka Lyna Cassadę, co powoduje lawinę zabawnych sytuacji, w jakich znajdą się bohaterowie. Lyn jest członkiem New Earth Army - eksperymentalnej jednostki wojskowej, która powstała, z równoczesnym poparciem Pentagonu, z inicjatywy Billa Django. Działania tej jednostki miały zmienić sposoby prowadzenia wojen na świecie, czyli wykorzystywać irracjonalne wizje żołnierzy oraz telepatyczne sposoby pokonania przeciwnika bez większej ingerencji zbrojnych, lecz akcja w końcu nie powiodła się w stu procentach. Lyn w filmie zabiera Boba w podróż po afrykańskiej pustyni twierdząc, że spełnia pewną misję i przy okazji opowiada mu o losach tajnej jednostki.
Film nie proponuje nam taniego, sprawdzonego czy banalnego humoru, ma wręcz swój własny specyficzny klimat i dlatego może przez niektórych nie zostać zrozumiany. Ja dostrzegłem w nim lustrację działań amerykańskiej armii oraz jej eksperymentów, podatności Ameryki na bycie do przodu przed potencjalnymi wrogami (skoro Rosja kiedyś rozpoczęła już takie eksperymenty ze swoją armią, to Ameryka też musiała to uczynić, by nie odbiegać od europejskiego mocarstwa) oraz dążenie ludzi do wszechobecnej rywalizacji (wątek Larry’ego Hoopera). Poza tym, szczególnie na końcu, reżyser sugeruje nam takie ładne, aczkolwiek dość pesymistyczne, stwierdzenie, że świat powoli zmierza ku kresowi, staje się zbyt ułomny, aby pojąć własne problemy i tylko cud uratuje go przed stopniowym stoczeniem się w ciemny dół. Bardzo wymownie ujął to również Lyn, który stwierdził, że cios Dim Mak, zresztą śmiertelny, którego otrzymał od Larry’ego Hoopera (zmory jednostki), spowodował u niego raka, który rozpoczął proces jego powolnego umierania. Dzięki tym wszystkim zabiegom „Człowieka, który gapił się na kozy” można nazwać zarówno metaforą, jak i przypowieścią na temat współczesnych losów świata. Oczywiście wszystko pokazane jest na ekranie w sposób zmetaforyzowany oraz ironiczny, ale jednak prawdziwy.
W tej produkcji zagrała cała plejada gwiazd i już dawno nie widziałem tak dobrego połączenia. Widać, że w bardziej ambitnym kinie sprawdzają się lepiej niż w komercyjnym. Świetną rolę drugoplanową odegrał m.in. Jeff Bridges - jako charyzmatyczny i ambitny Bill Django, z pozoru wielki twardy żołnierz, a w rzeczywistości łagodny człowiek. Ten kontrast czyni tę postać jeszcze bardziej oryginalną. Poza nim bardzo dobrze spisał się również Kevin Spacey jako Larry Hooper czy Ewan McGregor, wcielający się w postać bojaźliwego dziennikarza, Boba Wiltona. Chyba najbardziej, po raz kolejny, zadziwił George Clooney. W filmie występuje z charakterystycznym wąsem oraz żołnierskim uczesaniem. Jego intensywny wzrok robi piorunujące wrażenie oraz wywołuje falę śmiechu. Postać Lyn’ego jest wieloznaczna i przykuwa uwagę, jest jakby odcięta od reszty, niezwykle barwna, przy czym ironiczna. Co więcej, Clooney wczuwa się w swoją postać, co zresztą widać na ekranie. Rezygnuje z wzoru męskości i symbolu seksu na rzecz wiarygodności roli, a to również jest znaczące.
Grant Heslov bardzo umiejętnie przedstawia również motyw wędrówki - drogi, na początku której czeka wiele przeszkód oraz prób przetrwania, czy też niekiedy desperackiego szukania tzw. lepszego bytu, która kończy się uwolnieniem duchowym i spełnieniem wszelkich życiowych oczekiwań. Śmierć niewinnej kozy w wyniku spojrzenia „bezlitosnego” Lyna, zsyła klątwę, a uwolnienie stada tych zwierząt pod koniec filmu spod niewolniczych sideł, wyzwala bohaterów z wszelkich ograniczeń oraz, najprościej rzecz ujmując, od zła. Tak samo, jak w filmie, na świecie panuje chaos. Warto się temu przyjrzeć. Zabawne, aczkolwiek też bardzo pouczające kino.








więcej »




























