Ostatnimi czasy typowy gatunek strachu, jakim jest thriller, odsunął się gdzieś na bok. Pojawiały się pewne produkcje ale nie było czegoś bardzo charakterystycznego. Teraz, oprócz filmu Campbella, na ekranach kin rywalizuje z nim „Shutter Island” Scorsese, który wydaje się być równie obiecujący. Dla mnie ten film był już wysoko w rankingu dzięki aktorowi, który został obsadzony w głównej roli, bo co by nie mówiono i pisano- Gibson jest dla mnie symbolem w kinie, który wiąże się z moimi najprzyjemniejszymi doświadczeniami filmowymi.
Thomas Craven to były policjant. Zasłużył się wieloma dobrze wykonanymi zadaniami i długoletnią uczciwą pracą. Nie ma właściwie żadnej rodziny oprócz córki, z którą utrzymuje bardzo ciepłe relacje. Zawsze była oczkiem w głowie tatusia i teraz znów może się z nim zobaczyć. Jest już dorosła kobietą, pracuje w bardzo dużym koncernie naukowym. Kiedy wreszcie się spotkali, chcieli spędzić wieczór na miłej kolacji oraz rozmowach. Niestety, Emma choruje na coś dziwnego, o czym jej ojciec nie ma pojęcia. Dostaje ataku wymiotów, a także krwotoku z nosa, czego wynikiem jest szybka decyzja wyjazdu do szpitala. Kiedy Tom wraz z córką przekracza próg domu, ktoś wykrzykuje ich nazwisko i ze strzelby dużego kalibru oddaje w Emmę jeden strzał. Jest on na tyle mocny, że córka policjanta wlatuje do przedpokoju razem z frontowymi drzwiami. Umiera w ramionach swojego ojca. To wydarzenie rozpoczyna reakcję łańcuchową, która zaprowadzi naszego bohatera na samą krawędź ciemności, zabójców jego córki do piekła, a także odkryje mroczne tajemnice korporacji, w której pracowała dziewczyna.
Moment morderstwa córki jest straszny. Zrobił na mnie tak duże wrażenie, że jeszcze chwilę po - nie mogłem się ocknąć. Cała produkcja na szczęście zachowuje ten surowy, metalowy odcień w dalszej części, rozpędzając wydarzenia do tego stopnia, że możemy praktycznie poczuć się jak na filmach Hitchcocka. Fabuła trzyma w napięciu i jest bardzo elektryzująca. Dodatkowo, pojawia się jeszcze jeden bohater w wykonaniu rewelacyjnego jak zawsze Raya Winstone’a, który staje się przewodnikiem pochłoniętego chęcią zemsty ojca.
Muszę szczerze przyznać, że dawno nie widziałem tak dobrego thrillera z domieszką kina akcji. Oczywiście gra aktorska nie wymaga większego komentarza. Lekko szpakowaty Gibson ciągle wie, jak to się robi. Zimny, zawiły, mroczny, nieprzyjemny i niekoniecznie happy-endowy „Edge of Darkness” jest bardzo dobrą pozycją w pierwszej połowie roku. W historii kina było już wiele opowieści o zemście, ludziach nią pochłoniętych oraz vendettach w imię dobra i bliskich sobie ludzi, którzy stracili życie tak bezsensownie, że serca bohaterów błyskawicznie wypełniała gęsta czarna maź - zło. Produkcje tego typu są nam potrzebne, bo czasami ciężko zadać sobie pytania jak w jednej z piosenek: „Czy zabiłbyś w obronie życia? Czy zabiłbyś w obronie prawości?” Prawda jest taka, że gniew rodzi gniew, a decyzja zawsze będzie należała do nas. Mimo wszystko, po naszej stronie zawsze są tzw. okoliczności łagodzące.









więcej »


























