Kilka gwiazd, kilka historii, kilka rodzajów miłości oraz ten sam koniec, tak bym określił przebieg tego filmu. Nie lubię tego typu produkcji, ale uznaję, że „Walentynki” to tylko i wyłącznie chwyt marketingowy. Sądząc po obsadzie oraz tytule, tak właśnie jest. Oczywiście, film nie jest beznadziejny. Czasami wzrusza, często bawi oraz pokazuje różne spojrzenie na miłość z innych perspektyw. No i narzuca pewną przewodnią myśl, która jest nieodzowna biorąc pod uwagę dzień 14 lutego – miłość jest lekarstwem na wszystko. Czy to prawda, czy nie, każdy ma na to różnorodne spojrzenie i nie ma się temu co dziwić. Lecz w komediach romantycznych sprowadza się to niestety do wszechobecnej, wybuchającej jak wulkan miłości. Da się to przełknąć tylko i wyłącznie w dzień św. Walentego. Przynajmniej tak jest u mnie. I wyłącznie z drugą połówką.
Z całości urzekło mnie kilka postaci i parę wątków, nie wszystkie. Nie mówmy też o jakimś wielkim zachwycie, bo takiego nie było. Bardzo dobrze w roli siedzącej spisał się oczywiście Bradley Cooper jako Holden. Rozwiązanie jego historii, jako faceta, który leci samolotem do rodzinnego miasta oraz o którym praktycznie nic nie wiemy, bo wydaje się on być postacią kompletnie nieważną, jest dowcipne i w jakiś sposób ciepłe. Wątek Holdena to jeden z niestety nielicznych zaskakujących w całym filmie. Bardzo podobał mi się również Jamie Foxx w roli dziennikarza sportowego, który został zmuszony do nakręcenia materiału o walentynkach i bardzo nad tym ubolewał. Pomysłowo twórcy przedstawili również Jasona i Liz (Topher Grace i Anne Hathaway). W trakcie filmu okazało się, że kobieta dorabia świadcząc telefoniczne usługi, z czego wynikły liczne śmieszne sytuacje. Dopiero później zrobiło się nieco refleksyjnie.
Reżyser Garry Marshall postanowił również dodać trochę ckliwości, wciskając do całej historii niepozornego i wzruszającego chłopca, cierpiącego na chorobę zwaną... miłością. Taylor Swift, amerykańska gwiazdeczka była po części dowcipna, a po części irytująca, a jej filmowy partner Taylor Lautner (znany z sagi „Zmierzch”) towarzyszył jej jako marne tło. Ashton Kutcher był jak zwykle sztuczny. Już bardziej przypadł mi do gustu w „Amerykańskim ciachu”, gdzie zagrał zadufanego w sobie mężczyznę i czuł się w tej roli naprawdę dobrze, ciekawe dlaczego… A Jessica Alba, czyli fabularna kobieta Astona, jak zwykle nie miała aktorskich atutów, by zaskoczyć widza (tych innych atutów również nie pokazała). Natomiast wątek małżeństwa o 51-letnim stażu od samego początku był do bólu przewidywalny.
Mimo wszystko nie ma co narzekać, w Walentynki można sobie pozwolić na taki film oraz odrobinę optymizmu. Jak już wspomniałem, kilka scen naprawdę bawi. Zakończenie niektórych zadowoli, niektórych przeciwnie. Ja nie lubię aż tak bijącej w oczy przewidywalności. W „Walentynkach” jest praktycznie podsumowanie całej ostatniej dekady filmów oznaczonych jako komedie romantyczne, czyli każdy rodzaj miłości oraz wszelkie przejawy filmowych schematów czy chwytów marketingowych. Do całości twórcy dodali kilka upiększeń oraz całą masę serduszek i kwiatów. Najlepsze są jednak sceny w napisach końcowych. One naprawdę bawią.









więcej »



























