I tak oto, w czasach natarcia Kina Moralnego Niepokoju prezentuje rewelacyjny kryminał „Vabank”. Po wprowadzeniu stanu wojennego, tworzy nieśmiertelną komedię science-fiction „Seksmisja”, a w czasach największej zapaści polskiego kina pod koniec lat 90. powołuje do życia zabójczego „Kilera”. Teraz, gdy polskie kino ma się już, jeżeli nie dobrze, to przynajmniej dużo lepiej, Machulski tworzy komedię grozy o wampirach. I tak jak w poprzednich wypadkach znowu zaskakuje.
„Polnische Vampiren” (jak nazywa ich jedna z niemieckich ofiar) to rodzina Makarewiczów, składająca się z ojca (Robert Więckiewicz), żony (Małgorzata Buczkowska), czwórki małych dzieci (piąte w drodze) i dziadka (Janusz Chabior). Tułają się razem po świecie, by osiąść na jakiś czas na mazurskiej wsi. Nie mogą jednak zaznać spokoju, bo w niedługim czasie namolni mieszkańcy wioski zaczynają wypytywać o zaginione w tajemniczych okolicznościach osoby: listonosza-pijaka, niemieckiego turystę, panią z opieki społecznej, proboszcza i ministranta, a nawet państwa filmowców z TVP, którzy przyjechali nakręcić reportaż o Trójkącie Mazurskim (jak nazwano teraz tę okolicę po fali zniknięć). Sprawę musi rozwiązać miejscowa policja, która najchętniej poczekałaby, aż ludzie sami się odnajdą, bo pewnie najzwyczajniej w świecie gdzieś popili i jak wytrzeźwieją to wrócą.
Historia polskiej rodziny Addamsów i ich ofiar pełna jest typowej dla filmów Machulskiego zręcznej inscenizacji, oryginalnych rozwiązań dialogowych i precyzyjnego aktorstwa (szczególnie w wypadku Janusza Chabiora, aktora o niebanalnej aparycji, który wreszcie doczekał się ciekawszej roli). Jednak pierwszy raz twórca „Vabanku” porywa się na tak zaawansowaną grę z konwencją (w tym wypadku horroru o wampirach). Rozwiązanie komediowe dla tego typu tematyki na naszym gruncie może wydawać się ryzykowną taktyką, bo nie mamy w polskiej kinematografii godnej tradycji filmów grozy (poza ostatnimi komediami romantycznymi). I szczęśliwie w czasach desantu amerykańskiego kina wampirycznego (nie tylko ostatniej sagi „Zmierzchu” o zakochanych wampirach -nastolatkach, ale także kina akcji z „Underworld” i „Blade” na czele).Machulskiemu udaje się z dystansem i typowo polskim humorem, stworzyć swoistą odtrutkę na te zachodnie produkcje, przedstawiając po raz pierwszy wartą uwagi historię o wampirach made in Poland. Polscy krwiopijcy nie cierpią z powodu daru długowieczności i nieustannego głodu krwi. Nie mają dylematów i rozterek egzystencjonalnych oraz moralnych. Żyją (lub nie żyją) sobie obok ludzi, zadziwiająco łatwo wtapiając się w koloryt wsi. Przyjmują nawet bez oporów księdza po kolędzie, czy niemieckich turystów. Machulski nie bawi się w odmalowywanie całego wampirycznego anturażu, bo nie to jest jego celem. Wampiry są potraktowane jako źródło komediowego potencjału, który w połączeniu z miejscem akcji, jakim jest polska wieś, tworzy zaskakująco spójną całość.
Oczywiście można narzekać na niektóre uproszczenia i brak głębszych refleksji, ale takie oczekiwania względem półtoragodzinnej komedii wydają się bezsensowne. Juliusz Machulski nie zwiódł, a biorąc pod uwagę aktualny pejzaż naszych produkcji komediowych, już sam ten fakt stawia go w gronie zasłużonych. Nie zawiedli też twórcy scenografii, kostiumów i zdjęć, odmalowując klimat grozy z nieznaną dotąd w Polsce precyzją i zręcznością. Wszystko to, razem z muzyką Michała Lorenca tworzy z „Kołysanki” produkcję niebanalną, bez obaw i kompleksów mogącą konkurować z innymi produkcjami tego typu, broniąc się swoim dystansem i typowo polskim poczuciem humoru, którego Juliusz Machulski jest wciąż najjaśniejszym reprezentantem.









więcej »



























