Na wszelkiego rodzaju forach internetowych rozgorzały okraszone niewybrednymi komentarzami dyskusje na temat wyższości nowego Jokera nad postacią wykreowaną niegdyś w sposób mistrzowski przez Jacka Nicholsona. Ledger zyskał uznanie, wielu go znienawidziło (w końcu śmiał stanąć w aktorskie szranki z ich idolem), ale i wielu – co najważniejsze – o nim usłyszało. Z dnia na dzień, z młodego aktora, który wprawdzie miał już swoje pięć minut (chociażby rola u Anga Lee) został gwiazdą – bywalcem pierwszych stron gazet, a co za tym idzie, stał się i „firmą”, generującą ogromne zyski (smutne, ale i prawdziwe). Świat oczekiwał na jego kolejne role, które miałyby zweryfikować umiejętności aktorskie zademonstrowane w „Mrocznym rycerzu” (wcześniejsze role, stojące przecież na wysokim poziomie, poszły w zapomnienie, pozostał jedynie Joker).
Oczy wszystkich skierowały się w stronę nowego projektu Terry’ego Gilliama, w którym Australijczyk miał odegrać jedną z bardziej znaczących ról w swoim dorobku. Rozpoczęły się zdjęcia, a z nimi pierwsze przecieki z filmowego planu, pierwsze fotografie mające wypromować przedsięwzięcie zatytułowane „The Imaginarium of Doctor Parnassus”. Ogromne zamieszanie wokół filmu, doprowadzone niemalże do histerii, powstało w momencie, gdy los zdecydował, że Heath nie zagra już w żadnym innym obrazie. Śmierć aktora wstrząsnęła opinią publiczną. Za postać Jokera otrzymał statuetkę Oskara, a los „Parnassusa” zawisł na włosku (zdaje się, że to już dla Gilliama tradycja). Ledger odegrał znaczną część roli, ale zmarł przed rozpoczęciem kolejnej części zdjęć. Na ratunek przybyła trójka hollywoodzkich sław – Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell. Zaproponowali dokończenie roli. Na konferencji prasowej podczas festiwalu Camerimage, reżyser z niemałą dozą smutku przyznał, że interwencja trójki przyjaciół zmarłego aktora wyszła filmowi na dobre – całkowicie zgadzam
się z tą odważną opinią.
Tak obszerny wstęp, dotyczący zaledwie jednej postaci, a bardziej aktorów, którzy w postać się wcielili, wydaje mi się w przypadku „Parnassusa” konieczny, ponieważ szczerze wątpię, czy bez tych wszystkich kontrowersji produkcja ta zdobyłaby taką popularność. Być może, zważywszy na okoliczności zabrzmi to w tym momencie nieco niestosownie, bardzo dobrze, że media zainteresowały się kolejnym obrazem byłego członka ekipy Monty Pythona. „Parnassus” to właściwie nie jest film w klasycznym tego słowa znaczeniu. To przelana na taśmę wyobraźnia, która zdaje się tworzyć scenariusz tak, aby wszystko mogło zostać pokazane i uzasadnione. Imaginacja tak szalona, że momentami wymykająca się reżyserowi spod kontroli.
To opowieść o życiu i historii pewnej grupy cyrkowej, która utworzyła się wokół posiadającego nadprzyrodzone zdolności doktora Parnassusa – człowieka, który stał się nieśmiertelny, dzięki pertraktacjom z diabłem. Niemniej, nic za darmo, albowiem ceną, którą przyszło zapłacić bohaterowi, było ofiarowanie diabłu każdego dziecka, kończącego przy nim szesnasty rok życia. Los chciał, że u boku doktora na szesnastą wiosnę oczekuje właśnie nieświadoma zagrożenia córka. Dni mijają, a Belzebub zaczyna przypominać o swojej obecności i dacie, jaka ma nadejść lada dzień. Szczęśliwie, przed Parnassusem pojawia się szansa na uratowanie dziecka. Skory do zakładów szatan postanawia ulec swemu nałogowi. Informuje, że zdobycie pięciu dusz przed upływem wyznaczonego czasu, zwolni go ze sfinalizowania umowy sprzed wieków. Beznadziejna sytuacja (Parnassus stracił umiejętność trzeźwego spojrzenia na otaczający go świat, a co za tym idzie umiejętność zwabienia ludzi do swego ruchomego cyrku) ulega zmianie, gdy na drodze cyrkowców staje ekscentryczny Tony – uratowany przez córkę doktora i jej przyjaciela (nie zdradzę z jak specyficznej opresji).
Od momentu powstania tego dzieła wyobraźnia Gilliama zostaje uwolniona, a hasło, które wydaje mi się być jego komentarzem zarówno dla samego ruchomego obrazu, jak i dla otaczającej nas rzeczywistości – nie bójmy się marzyć – doprawdy zyskuje na znaczeniu. W uniwersum „Parnassusa” możliwe jest właściwie wszystko. To taki filmowy sklep z szyldem „1001 drobiazgów” – obok rosyjskiej mafii znajdziemy w nim cukierkową rzeczywistość z marzeń dziecka, obok niemal slapstickowych scen, takie, które osnute są wokół dramatu bohatera i naprawdę potrafią poruszyć. I właśnie, dlatego Gilliam nie jest, ale również nigdy nie był, reżyserem dla wszystkich. Nie każdy zaakceptuje jego ekscentryczny styl - manierę, która, w tej oto historii znacząco przyćmiewa warstwę fabularną.
Tym razem Amerykanin zaserwował nam, nie oszukujmy się, coś w rodzaju filmowego pokazu cyrkowego, który mimo tego charakterystycznego dla cyrkowych występów elementu kiczowatości, wciąż stoi na bardzo wysokim poziomie. Sam twórca staje się natomiast takim właścicielem sklepu z drobiazgami, który wyciąga spod lady kolejne kolorowe skarby – jest magikiem, który w cylindrze potrafi zmieścić wszystko to, co tylko podyktuje mu wyobraźnia. Jednak wielu z nas, ani cyrku, ani sklepów z drobiazgami, ani iluzjonistycznych sztuczek nie lubi i dlatego „Parnassus” z całą pewnością nie będzie filmem przyjętym przez wszystkich z takim samym entuzjazmem. Osobiście, nową produkcję Gilliama „kupuję” i serdecznie polecam. Warto chociaż na moment przenieść się do jego specyficznego świata, który mógłby być jedną z halucynacji bohaterów „Las Vegas Parano” (wcześniejsza, genialna produkcja tego reżysera), gdyby byli o parę dekad młodsi.








więcej »




























