24-12-2009
AAA |
Ocena: 4.42  19 głosów
Avatar recenzja filmu
Szum medialny powstały wokół wielkiego powrotu Jamesa Camerona, z całą pewnością może przytłoczyć nawet największych zwolenników amerykańskiego reżysera...

materiał promocyjny

Niebieskie, humanoidalne stworzenia – dla wtajemniczonych Na’avi – łypią na nas swymi wielkimi oczami z monstrualnej wielkości plakatów, porozwieszanych na ścianach bloków, zerkają z grafik komputerowych zamieszczanych na wszystkich większych portalach, wyskakują zamknięte w okienkach reklamowych otwierających się po załadowaniu kolejnej strony internetowej. „Avatar” po prostu jest wszędzie – dosłownie można obawiać się tego, że Na’avi wyskoczy do nas po otwarciu lodówki, wręczając kolejny reklamowy gadżet, mający zachęcić nas do seansu. Pewnie i tych wszystkich reklam dookoła trochę za dużo, bo mogą męczyć – ba, nawet zniechęcić do seansu, bo ponoć to, co dobre reklamować się nie musi. Niemniej pamiętajcie, gdy Na’avi wyskoczy z lodówki i zaprosi was na seans to posłuchajcie niebieskiego stwora, ponieważ „Avatar” to niemal trzy godziny seans wizualnego mistrzostwa świata. Kampanie reklamowe nie kłamią – „Avatar” otwiera w kinie zupełnie nowy rozdział w historii kina.

Oczywiście, nieco brawurowe slogany zapewniające nas, że film Camerona będzie dla kina przełomem na miarę pierwszego filmu dźwiękowego są nieco przesadzone. „Avatar” otwiera pewien rozdział, który nieudolnie próbowały otworzyć produkcje 3D, mające swoją premierę przed grudniem 2009 roku. O ile we wcześniejszych filmach stereoskopia zazwyczaj występowała- jako tani efekt spreparowany na potrzebę kilku ujęć, na których widzowie wykrzykiwali: „Ale fajny trójwymiar!"- to w filmie Camerona pełni rolę zupełnie odmienną od taniego triku wykonywanego ku uciesze mniej wymagającego obserwatora. Kraina „Avatara” to świat obdarzony prawdziwą głębią obrazu, zadziwiający swoim graficznym dopracowaniem, sprawiający wrażenie czegoś bardziej realnego, aniżeli cokolwiek, co widzieliśmy w kinie wcześniej. Sam „Avatar” nie jest jeszcze rewolucją na miarę udźwiękowienia filmu niemego, ale i na pewno jest tej rewolucji solidną zapowiedzią.

Wielu ludzi, zainteresowanych tematem, obawiało się, że pod wizualnym majstersztykiem Cameron przemyci widzowi mało interesującą historię. Bało się o to, że „Avatar” będzie, jak pięknie opakowany czekoladowy cukierek, który zamiast nadzienia ma w środku powietrze (swoją drogą: Kto wymyślił takie cukierki?). W tym względzie zdania po seansie na pewno będą podzielone. To nie wokół szaty graficznej i wykonania, lecz fabuły będą toczyć się wojny. Powód jest prosty – „Avatar” to nic innego, jak baśń wzbogacona o elementy charakterystyczne dla świata science-fiction. Wszyscy fani gatunku, którzy w pamięci zachowali jeszcze Cameronowskiego „Obcego” i liczyli, że Amerykanin zaserwuje im kawał porządnego, ciężkiego, okraszonego filozoficznymi gdybaniami science-fiction- spod znaku Philipa Kinkreda Dicka- srodze się zawiodą. Bliżej opowieści o odległej "Pandorze" do historii o "Pocahontas", aniżeli do jakiegoś „Łowcy androidów” czy innego sci-fi z wyższej półki.

 

Cechuje się zatem „Avatar” tym, co charakterystyczne dla baśniowych fabuł: operuje znanymi przez nas kliszami, częstokroć ucieka w stronę banału (i tu od razu zaznaczę, że na niemal trzy godziny Cameron przesadza z banałem nie więcej niż kilkukrotnie i na bardzo krótko), w zasadzie po raz kolejny opowiada nam historię, którą w pewnym sensie już znamy. Mamy mocno zarysowany, powiedziałbym nawet, że z czasem wysuwający się na pierwszy plan- wątek miłosny. Mamy klasyczną walkę dobra ze złem, gdzie – tym razem – to ludzie są czarnymi charakterami. Ponadto, historię o zdobywaniu zaufania i akceptacji, przekraczaniu własnych granic, zwalczaniu słabości, udowadnianiu innym swej wartości. Po prostu – baśń.

Nie znaczy to jednak, przynajmniej w moim odczuciu, że Cameron podrzucił nam wspominanego cukierka bez nadzienia w środku. Gdy podejdziemy do całej historii z odpowiednim dystansem i nie damy oszukać się kampanii reklamowej, która głosi, że przed naszym nosem pojawia się arcydzieło nie tylko pod względem technicznym, ale i treściowym- to wyjdziemy z kina z ogromnym uśmiechem na ustach, szeroko otworzonymi oczami oraz szczęką pobolewającą od zbyt długiego wiszenia w bezwładzie. Musimy umieć docenić baśń samą w sobie, bez spoglądania na schematy i złośliwego wytykania palcami tego, co już było. Gdy przyjmiemy taką postawę- dostrzeżemy niesamowitą spójność świata Na’avi, którzy żyją w taki sposób, jak niegdyś żyli Indianie (Cameron solidnie odrobił lekcje z etnologii, dzięki czemu uniknął śmieszności w kreowaniu magicznej rzeczywistości świata kosmicznych tubylców). Zauważymy wątek, który powinien zadowolić i zwolenników porządnej science-fiction – ucieczkę człowieka w świat inny od tego, który widzi za oknami. Nowa planeta jest właściwie dla niepełnosprawnego Marines czymś na wzór rzeczywistości wirtualnej. Co więcej, owe realia stają się dla niego o wiele bardziej atrakcyjne, aniżeli zatopiona w szarościach ziemska codzienność. Wątek zostaje pogłębiony w momencie, gdy dowiadujemy się, że Na’avi w pewien sposób łączą się z poszczególnymi elementami (ożywionymi i nieożywionymi) swej planety za pomocą włókien ukrytych w ich włosach (coś na rodzaj komputerowego złącza). Jest zatem po części „Avatar” opowieścią o tym, jak to w pewnym sensie wirtualna rzeczywistość zwycięża z prawdziwym życiem – temat bardzo dziś aktualny. Zresztą, czy przypadkiem nie sami (siadając w wielkim kinie, zakładając dziwne okulary, przenosząc się w niesamowity świat, ale i surfując po internecie, grając w coraz bardziej rozbudowane gry tworzące swoje autonomiczne rzeczywistości) powoli nie stajemy się tytułowymi avatarami?

Mógłbym jeszcze na kilka stron rozpisywać się o poszczególnych elementach świata Na’avi, które wywarły na mnie piorunujące wrażenie (w sensie wizualnego dopracowania). Mógłbym godzinami zachwycać się mimiką i ruchami niebieskich wielkoludów, którzy są przecież idealnym odwzorowaniem swych aktorskich odpowiedników. To nie są jedynie postaci komputerowe – chociażby Zoe Saldana gra Neytiri, czyli jedną z rdzennych Na’avi i nawet przez moment nie pojawia się w swej ludzkiej postaci, która w filmie po prostu nie istnieje. Mamy osobę w obsadzie, stricte nie mamy jej w produkcji – rzecz niesamowita. Mógłbym opisywać po kolei niesamowitą dynamikę scen walki (potyczka między Na’avi a ludźmi – po prostu brak słów), magię nocnego krajobrazu, niesamowite wrażenie głębi. Mógłbym, ale w tym momencie zakończę, aby przypadkowo nie powiedzieć za wiele.

Polecam ten film wszystkim – bez względu na wiek, płeć czy filmowe upodobania. Sam gustuję raczej w kinie autorskim i wprost nie cierpię pokazów destrukcji w stylu „2012”, ale muszę docenić krok, który zrobił Cameron wraz ze swoim „Avatarem”. Biegnijcie do kin i dajcie porwać się zapierającej dech w piersiach baśni, która chociaż wcale nie jest filmem stulecia, dekady, a nawet roku (jak wielu by chciało), ale nie znaczy to, że nie potrafi widza oczarować. Mnie świat Na’avi zaczarował na amen.

wykop.pl gwar.pl twitter.com blip.pl flaker.pl digg.com facebook.com
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane
Kto chce żyć wiecznie, kiedy miłość musi umrzeć? Pasjonaci kręcenia remake’ów rodem z Hollywood nie oszczędzą nawet szkockiego górala. >>

Piątkowa propozycja festiwalowa obejmowała aż 17 zaskakujących pozycji. Czy ilość szła w parze z jakością? Miłośnicy kina klasy B z całą pewnością odpowiedzą twierdząco. >>

Przedostatni już dzień 15. Festiwalu Filmów Kultowych dobiegł końca. Sobotnia propozycja to przede wszystkim gratka dla miłośników klasycznego horroru amerykańskiego. >>

Wiedeńska scena kulturalna wzbogaciła się o nowy festiwal – LET’S CEE Film Festival. Jego pierwsza edycja rozpoczyna się już 28. maja 2012 r.  >>

Niedziela była ostatnim dniem 15. Festiwalu Filmów Kultowych. >>

Wiele filmów przedstawia historię utraconych nadziei i marzeń, jednak nie każdy z nich zostaje w pamięci na długie lata jak „Requiem dla snu”. Historia przegranej walki z głównym bohaterem filmu – nałogiem, przeraża, ale i wzbudza ciekawość. >>

Czy młoda kobieta miała szanse na odniesienie sukcesu zawodowego, której młodość przypadła na początek XX, czyli okres emancypacji? Film „Coco Chanel” daje odpowiedź na to i wiele innych pytań dotyczących znakomitej projektantki. >>

"Coś się kończy, coś zaczyna..." >>

Czy można odkupić swoje winy, po tym jak przyczyniło się do czyjejś śmierci? Czy poświęcenie wszystkiego, aby uratować inne życia sprawi, że winy zostaną odkupione?  >>

Kiedy cywilizacja niemal w całości przestaje istnieć, nie widać słońca skrytego pod gęstą powłoką chmur a zwierzęta wyginęły, budzą się w ludziach najdziksze instynkty. Jak przetrwać, kiedy każdy może okazać się kanibalem? >>

Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Dom rozkoszy podoba Wam się to jedno z wielu określeń burdeli. Dzięki nowej książce wydawnictwa Bellona można poznać ich dokładną historię. My zaś mamy dla Was trzy książki o tej tematyce, które możecie wygrać w naszym konkursie.
więcej »

Zaproś do stacji znajomych
Newsletter
Copyright © 2009-2012 StacjaKultura.plReklama|Kontakt|Mapa serwisu|Polityka prywatności|Zasady korzystania z serwisu|Partnerzy|RSS