Film w reżyserii Aleksandra Payne′a, twórcy m.in. Bezdroży, zabiera nas w podróż pełną problemów rodzinnych, osobistych, tych ze zdrowiem, z pieniędzmi. Nie jest to jednak tylko opowieść o tragediach życia codziennego. Film z humorem opowiada o rzeczach ważnych.
George Clooney wciela się w postać Matta Kinga, prawnika mieszkającego na Hawajach. Jest również ojcem, który nigdy dobrze nie spełniał tej roli. Zwykle był zbyt zapracowany. Wszystko zmienia się gdy jego żona trafia do szpitala po wypadku i zapada w śpiączkę. Początkowo Matt nie radzi sobie i towarzyszy mu jedynie zdezorientowanie i bezsilność, gdy musi zaopiekować się dwiema córkami i odnowić relację, które zaniedbał oraz odnaleźć się w wielu nowych sytuacjach. Grający tę postać, George Clooney, jest znakomity. Tutaj należy się ukłon w stronę aktora. Postać jest niejednoznaczna, przechodzi wiele zmian emocjonalnych pod wpływem nowych sytuacji oraz ukazuje prawdziwe człowieństwo wobec innych. Niewielu filmowców potrafi tak łatwo zaczarować publiczność, bez cynizmu, sarkazmu, chwytliwych popkulturowych wytrychów, szybkiego tempa. Rzadko zdarza się obraz budujący tak mocną więź i identyfikację widza z bohaterem.
Również scenariusz jest świetnie rozpisany, obfituje w emocje i wiele zmian akcji, które są całkowicie nieprzewidywalne. Dodatkowym atutem tego filmu jest muzyka, która wprowadza nas w bardzo sielski, spokojny nastrój, wzbudzając uczucie nostalgii. To dzięki temu dwie godziny projekcji (mijające w mgnieniu oka), wypełnione są afirmacją tego, co dobre, nawet w błędach i w smutku. Bo choć żona nie była ideałem, to była miłością życia Matta, jego przyjaciółką i powierniczką, jego bólem i radością. Nie może pożegnać się z nią w złości, tym bardziej nie może dopuścić, by w ten sposób rozstały się z nią ich córki: 10-letnia Scottie (Amara Miller) oraz 17-letnia Alex (Shailene Woodley).
Film niesamowicie balansuje na granicy "dobrego smaku". Dlatego jest tak niesamowity. Cały czas ma się wrażenie, że ta granica zostanie przekroczona i opowieść pozostanie tylko garstką czarnego humoru. W tego typu temach, również, łatwo popaść w tani melodramat, stereotyp i kiczowatą, o ile nie telewizyjnie obyczajową kliszę. Payne unika wszystkich tych pułapek. Spadkobiercy to film zwykłych ludzi i przyziemnych spraw. Niesamowicie pogodna opowieść, choć osnuta wokół bardzo smutnego wydarzenia. To dzieło bacznego obserwatora uśmiechu we łzach, uczuć, myśli, starań. Żeby to życie jednak dobrze ułożyć, przynajmniej nie rezygnować ze starań. Bo nawet w hawajskim raju ludzie są tylko ludźmi. Wielkie brawa dla reżysera, który z taką dojrzałością potrafił podejść do tematu i z taką mocą opowiedzieć historię o stawaniu się lepszym człowiekiem.








więcej »




























