W 2005 roku Woody Allen uruchomił swoją "maszynkę z londyńskimi dreszczowcami". Zaczynając od pełnokrwistego thrillera z udziałem swojej nowej muzy-Scarlett Johansson (Wszystko gra), rok później kontynuował z nią współpracę przy komedii zawierającej mroczne wątki (Scoop-gorący temat), a skończył na, trudnym do zidentyfikowania pod względem gatunkowym, Śnie Kasandry z 2007 roku. I o ile pierwszy film można uznać za sprawnie zrealizowany projekt, drugi potraktować jako słabszy okres w karierze reżysera, to trzeci należy już uznać za dowód jego braku wyczucia gatunku.
Film przedstawia historię dwóch braci, Ian′a(McGregor) i Terry′ego(Farrell), którzy jak na zżyte rodzeństwo przystało, łączą swe losy poprzez podejmowanie wspólnych decyzji. Pierwsza, niepozorna, wyznacza kurs dla całego filmu. Zakup wymarzonej łodzi (noszącej nazwę brzmiącą tak jak tytuł filmu) przynosi bohaterom niepohamowaną, dziecięcą radość. To jak zakup upragnionej od dawna zabawki. Fakt dokonania wspólnego zakupu ma też charakter symboliczny. Łódź to przedmiot, sprawa, która ich łączy.To wspólne dobro, ale i ciężar ponoszonych konsekwencji. To także miejsce ostatecznej tragedii, której widz wyczekuje z utęsknieniem już w połowie fimu.
Niezwykle szybkie tempo akcji oraz brutalne "rzucanie" kolejnymi kadrami męczą widza, stwarzając dystans, uniemożliwiając mu "wczucie się" w film. Być może jest to efekt zamierzony. Może film miał mieć charakter dydaktyczny, moralizatorski, widz miał zająć stanowisko biernego obserwatora, a reżyser doświadczonego nauczyciela? Ukazuje nam przecież do czego może prowadzić zbytnie przywiązanie do materialnej sfery naszego życia. Jak wiele jesteśmy w stanie zrobić, by znaleźć się w najbardziej komfortowej dla nas sytuacji. Jak wielką rolę odgrywa w naszym życiu własny egoizm, uczący nas życia bez wyrzutów sumienia bądź też umiejętnego zagłuszania ich... Zamysł być może genialny, jednak wykonanie już gorsze. Od parunastu lat, co roku, producenci próbują zachęcić nas do obejrzenia kolejnego najlepszego filmu Woody′ego Allena. Uwiedzeni chwytliwymi hasłami, co roku wychodzimy rozgoryczeni z kina, mając poczucie, że znowu zostaliśmy oszukani, a Allen poddaje się już artystycznej agonii. Jednak to właśnie Sen Kasandry pozostawia największy niesmak. Tu nie kręcimy nosem, że to nie ten sam Allen co dawniej. Tutaj zdziwieni pytamy czy to aby na pewno Allen?! Szukając jego śladów w całym dziele odnajdziemy go jedynie we właściwym dla niego skromnym wstępie (czołówce) oraz akcji nakręcanej przez dialogi. Z tą różnicą, że dialogi te nie brzmią czysto allenowsko. Aktorzy w niesamowicie szybkim tempie przerzucają się kwestiami, pozbawionymi błyskotliwości oraz inteligentnego humoru. Grają na jedno kopyto, żadna rola nie zapada głęboko w pamięć. Dopiero pod koniec filmu jednemu Farrellowi udaje się wyłamać z tego sztywnego schematu. A i to zawdzięcza szczęściu obsadzenia go akurat w tej roli. Bo to Terry przechodzi załamanie nerwowe, zaprowadzony przez wyrzuty sumienia do granic swojej psychicznej wytrzymałości. A to pole do popisu dla każdego aktora. Zakładam więc, że McGregor również podołałby temu zadaniu.
Mając na uwadze fakt, iż Sen Kasandry był, jak na razie, ostatnim "thrillerowatym" filmem Allena, można pokusić się o stwierdzenie, że pogodził się on z myślą, że dreszczowce to nie jego bajka. Osobiście wolę ponarzekać na kolejne "mało allenowskie", ale mimo wszystko solidne produkcje, niż na ogólnie słabe filmowe nieporozumienia, zaśmiecające dorobek artysty.








więcej »




























