Brada Pitta znają wszyscy, a ci, którzy mówią, że nie znają, kłamią. Choćby nie wiem jak ktokolwiek by się starał, bronił rękami, nogami i głową przed poznaniem dorobku aktora, to nazwisko Pitt pojawia się wszędzie: kinie, tv, radiu, prasie i bruku. Przez jednych (młode dziewczyny i „starsze” kobiety) uwielbiany, przez drugich (tych siedzących na kanapie, zajadających kilogramami popcornu i popijających piwo przed tv) znienawidzony, a przez trzecich (dla, których „Moda na sukces” i „Plebania” to majstersztyk kinematografii) stateczny, partner i ojciec piątki, no może szóstki dzieciaków.
Sezon Oscarowy właśnie się rozpoczyna, a co za tym idzie, sezon lobbowania (który to już raz?) na rzecz przyznania statuetki Bradowi również, bo to już nieodłączny element Oscarów. Czy wreszcie „Wielki” Brad otrzyma złoto? Jest okazja by się temu bliżej przyjrzeć, bo w kinach wyświetlany jest nowy film w reżyserii Bennetta Millera – Moneyball, z udziałem Brada Pitta posiadającego duże pokłady money i prawdopodobnie dużych balls po przecinku.
Filmowi Moneyball już zanim trafił do kin przepowiadano sukces, bo sygnowany był przez reżysera (Bennett Miller), który zaistniał dobrze przyjętym przez krytykę filmem Capote, scenarzystę (Aaron Sorkin), który od zeszłorocznych Oscarów jest autorem, którego chcą wszyscy, albo pożądają tego by przynajmniej dotknął ich tekst długopisem i na koniec, on, aktor, zwykły chłopak z Oklahomy – Brad Pitt. Po tej kropce należy zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście film jest tak dobry jak składający go w całość twórcy? Zwykło się mówić, że papier wszystko przyjmie, ale czy widz także?
Billy Beane (Brad Pitt) menager klubu baseballowego, wyposażony w najniższy w całej lidze budżet oraz miłego grubaska z komputerem – Petera Branda (Jonah Hill), wpada na pomysł zbudowania drużyny na podstawie analiz statystycznych. Tym sposobem dobiera do drużyny zawodników, dla których nigdzie indziej nie ma miejsca, a przede wszystkim sprowadzenie ich do klubu nie generuje wysokich kosztów. Fabuła brzmi znajomo? Tak, tak kino kwitnie sportem, zwłaszcza to amerykańskie, nie trzeba daleko sięgać pamięcią by przypomnieć sobie film z Sandrą Bullock pt. Wielki Mike, tylko, że tutaj akcja rozgrywała się wokół futbolu amerykańskiego, więc zmusiłem kilka szarych komórek do pogrzebania w „pałacu mojej pamięci”. Chyba poruszyłem je zbyt mocno, bo na myśl przychodziło mi pełno filmów z baseballem w tle, począwszy od Krótkiej Piłki z Keanu Reevsem po klasykę gatunku, film Pierwsza Liga z Charlie Sheenem. Ten ostatni z wymienionych przeze mnie tytułów wydaje się być najbliższy historii opowiedzianej w Moneyball, z tym wyjątkiem, że film Millera jest na poważnie, a Pierwsza Liga to komediowy błysk „Sheeniuszu”. Akademia nie lubi komedii, więc film na serio ma więcej szans na statuetkę, statystycznie rzecz biorąc notowania Brada Pitta rosną, jest dramat, biografia i historia, która może nie wywołuje płaczu, ale w pewien sposób rozczula. Amerykanie lubią własne niesamowite historie, które nigdzie indziej nie mogą się wydarzyć, szkoda tylko, że nikt z wzgórz Hollywood nie pofatyguje się do Polski i nie zdecyduje nakręcić dramatu o człowieku, którego „drobny element chrapania” usunął z polskiej piłki.
Moneyball nie jest filmem, który od początku do końca wpisuje się w konwencję kina spod znaku sportu. Jeżeli, ktoś w filmie Millera szuka widowiskowych „home rundów” to może się rozczarować. Główną rolę odgrywa słowo mówione. Dialogów w filmie jest więcej niż obrazów, fakt są one zgrabnie napisane i można powiedzieć kleją film w całość, ale prócz słów i słów, w filmie dzieje się niewiele. Relacje między bohaterami są sztuczne i osobiście nie dostrzegam by kręcenie filmu dawało im jakąkolwiek satysfakcję. Ktoś dostał scenariusz, przeczytał, zagrał i sprawdził stan konta. Więź między ojcem i córką jakoś specjalnie mnie nie obchodzi, sceny między ojcem, a córką z reguły budzą emocje, często w takim relacjom zarzuca się nadmiar patosu, tutaj akurat tych zarzutów nie można postawić, bo ani patosu, ani emocji nie ma. Gdybyśmy chcieli jakoś podzielić ten film na części to wyglądałoby to mniej więcej tak: Brad Pitt mówi, mówi, mówi, koledzy trenerzy słuchają, Brad Pitt milczy, milczy, milczy, retrospekcja itd.
W kuluarach mówi się albo po prostu panuje takie przekonanie, czy nawet zdanie narzucone gdzieś z góry, że jest to najlepsza rola Brada Pitta. Zła nie jest, ale czy najlepsza? To jak słabe muszą być aktorskie dokonania Pitta w: Siedem, Podziemnym Kręgu, Przekręcie czy nawet Siedem lat w Tybecie? Tak wiem Oscary, partner Angeliny Jolie, na jego pralce nie stoi złota figurka faceta z mieczem, to Akademię zobowiązuje, ale moim zdaniem ten rok nie zakończy się nagrodami dla tatusia z szóstką dzieci, zwłaszcza, że wiecznie młody i nienasycony wilk (Ryan Gosling – znakomity w Drive) dobiera się do tyłka mężczyzny z brodą. Brad Pitt wcielając się w Billego Beana miał do zagrania tyle ile w żadnym dotychczasowym swoim filmie, praktycznie, każdy kadr to ujęcie Brada czy to samego, czy demolującego szatnię baseballistów, bądź samego z kubkiem kawy, natomiast przez cały film jego gra jest jednowymiarowa i pozbawiona ekspresji (zabrakło 3D?). Jeżeli otrzyma nagrodę to może coś w stylu „Złotego Członka”, którego Gene Gutowski wręczył Romanowi Polańskiemu.
Nie chcę pastwić się nad Moneyball, bo nie jest to film kompletnie zły, po prostu jest kalką i powiela fabułę tak dużej ilości filmów, że nie można o nim zbyt wiele napisać. Nakręcony został z myślą o zdobywaniu nagród, ale sam pomysł na film, który zdobywa nagrody zdaje się być tak bardzo ograny, jak musical Metro w Teatrze Buffo.
Uwaga leci piłka, zdanie powtarzane w młodości jak mantra, dziś już piłka nie leci, a powtarzamy to po prostu Brad Pitt, w po prostu filmie, który powstał na podstawie przepisu.








więcej »




























