Mimo, że nie jestem fanem kina akcji, muszę przyznać, że Pablo Fenjves nakreślił bardzo przyjemną historię: nieprawdopodobną, ociekającą absurdem, niezgrabnie przerysowaną – ale żeby nie było nieporozumień – to wszystko są komplementy!
Jednakowo, film ten jest dobrym papierkiem lakmusowym służącym odróżnieniu nieudolnych krytyków, którzy jednym zdaniem mogą zburzyć całą zabawę potencjalnemu widzowi. Aster Leth poszedł bowiem drogą utartą, ale niezmiennie bardzo ryzykowną: siłę filmu umieścił w niewiedzy. Jeśli zaskoczenie nie wyjdzie, to wyjdzie widz i to raczej niezadowolony…
Co mogę wam zatem powiedzieć? Wyłącznie to, co można uzyskać z plakatu reklamowego:
O poranku, w centrum Nowego wspaniałego Jorku, na 21. piętrze hotelowego gzymsu, staje mężczyzna. Ludzie na dole podłapują, że mają do czynienia z samobójcą, przez co nadchodzi fala policyjnych procedur. Widz nie jest kretynem i przewiduje, że nie o samobójstwo tu chodzi, ale reżyser też to przewidział. Na tym polega mechanizm całego filmu – coś w rodzaju schodów, na które widz szybciutko wchodzi, a reżyser stara się wyrobić w budowaniu kolejnych stopni. Swoista gra, w której twórcy myślą ,,widzowie przewidzą? to zróbmy tak! To też w końcu przewidzą? To zapętlamy dalej!" W ostateczności przyznaję, że ilość warstw jest naprawdę przyzwoita.
Teraz pojawia się drugi problem. W takim przypadku ciężko uzyskać materiał, z którego stworzyć można już nie tyle recenzję, ile chociażby opinię. Ale spokojnie… Wymyśliłem! Swoją ocenę potraktuję cząstkowo i rozdzielę na składowe: akcja, aktorstwo, innowacja vs szablon.
Co do akcji: Stymulowana jest w sposób prężny i błyskotliwy. Jedna konkretna retrospekcja, rysy psychologiczne postaci nakreślone grubą kreską, nieustanna gonitwa z czasem, walka moralności z obłudą. Te wszystkie oklepane już zabiegi zupełnie zadowalająco stymulują napięcie. Dodatkowo szybkie działania policji, reakcje gapiów i wreszcie pomysłowość naszych bohaterów, powodują u widza… może przesadzę, ale chodzi mi o uczucie zaintrygowania. Bo patrząc prawdzie w oczy przyznam, że oglądałem Człowieka z zapartym tchem. Bonusem zaś było to, że kąciki moich ust układały się w ironiczny uśmiech, lecz nie wywołany politowaniem, ale o tym później…
Aktorstwo: W tym miejscu nie będę zbyt wylewny. Sam Worthington gra dynamicznie i z początku niejednoznacznie. Potem jego rola się trochę rozmywa, ale to raczej wina scenariusza. Ed Harris to klasa sama dla siebie: jak zwykle szczątkowy w okazywaniu emocji, wygrywa bezwzględnością mimiki. Idealny niemoralny charakter. Jedyną krytyczną uwagę wnoszę do roli Jamiego Bella (znany z filmu Billy Elliot). Nie mam nic przeciwko jego grze, ale po prostu nie pasuje do tej roli. Moje skojarzenie zmierza do tego, że jest równie nieprzekonujący jak Elijah Wood w Hooligans.
Ostatnia część mojej recenzji to walka między odmiennością, a szablonowością:
Pierwsza nowatorskość to dystans. Wielokrotnie miałem wrażenie, ze twórcy puszczają, humorystycznie, oko do widza. Autoironiczność gatunkowa, to pole minowe dla reżysera, które w tym przypadku ominięto naprawdę zgrabnie. Stąd uśmiech na mojej twarzy, który, mam nadzieję, nie był czystą naiwnością… Dochodzę do momentu, w którym musze uchylić jeszcze odrobinę fabuły – w czasie zamieszania wywołanego samobójcą , dochodzi do napadu na bank (spokojnie to tylko pierwsza z licznych niespodzianek tego filmu – nadal warto go zobaczyć). Skok jest przygotowany, ale niewykonywany przez profesjonalistów, stąd mamy do czynienia z dużą ilością naciąganych improwizacji. Ale to znowu nie jest krytyka! Myślę, że w obliczu stylu, w jakim historia jest opowiedziana, obrane środki są w pełni zrozumiałe.
Pora, aby cios zadał mister szablon: Wadą tej produkcji są zbyt czarno-białe postacie Uważam, że lepiej dało się manipulować pokładami ludzkiej ufności, która za szybko ma możliwość podziału bohaterów na pozytywnych i negatywnych. Przewidywalność w tym względzie nie została dopilnowana.
W filmie dochodzi do oczywistego momentu, kiedy wszyscy wszystko wiedzą i przychodzi czas na dynamiczne rozwiązanie akcji, doprawione jeszcze odrobiną tajemnicy. Człowiek pozbawia nas niedomówień. To zdecydowany minus. Mimo, że punkt kulminacyjny obronną ręką omija żenujące odczucia oczywistości, to nie da się ukryć, że reżyserowi skończyły się pomysły. Naciąganie w końcu doprowadziło do pęknięcia balonu pod tytułem akcja, a jej rozwiązanie jest zbyt cukierkowe… Autoironia na samym końcu przekracza granice przyzwoitości i psuje obraz całej produkcji.
Trywializując dotychczasowe rozważania, postaram się podsumować Człowieka na krawędzi w jednym zdaniu: jest to film ciekawy, angażujący i dający sporą ilość rozrywki z przymrużeniem oka. W pewnym momencie oko przesadza i zamyka się, ale mimo to – film Asgera Letha nazwę niezłym kinem akcji.








więcej »




























