O północy w Paryżu. Woody Allen mimo już sędziwego wieku nie pozwala sobie na odpoczynek. W 2011 roku do kin weszła - jak zapewniają nas reklamy - tym razem NAJWIĘKSZA produkcja nowojorskiego reżysera. Kolejna, bowiem ostatnio każdy jego nowy film dostaje właśnie taką etykietkę. Jak zwykle film cieszy się wielką popularnością. Do kin tłumie idą jego starzy wierni fani, widzowie zachęceni reklamą oraz, może i głównie wspomagający dochody filmu, młodzi ludzie oczekujący łatwej i przyjemnej komedii romantycznej.
Kilka ostatnich obrazów Allena diametralnie różni się od filmów z początków jego kariery. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Woody z wiekiem traci swój cynizm i wysmakowane inteligentne poczucie humoru. A zaczęło się to od pomysłu wyniesienia oryginalnych scenariuszy poza tak uwielbiany przez niego Nowy Jork i Manhattan. Europejska atmosfera wydaje się wywierać ogromny wpływ na reżysera, który odchodzi od swojego unikalnego stylu na rzecz stworzenia infantylnej i do bólu przewidywalnej atmosfery filmu. Jednak – na całe szczęście- przynajmniej opowiadane historie trzymają fason. Po genialnym Co nas kręci co nas podnieca, gdy wszyscy starzy fani Woodego ucieszyli się, że ich ukochany staruszek wraca do formy, zmiażdżeni zostali przerażająco nieudanym Poznasz przystojnego bruneta. Dlatego O północy w Paryżu było wyczekiwane z taką niecierpliwością. To była chwila prawdy, czy Allen z każdym kolejnym filmem z roku na rok traci niezłożone pokłady geniuszu stając się pazernym na kasę masowego odbiorcy zgorzkniałym dziadkiem czy w końcu weźmie się w garść i zamiast produkować jak fabryka filmy na czas postawi na obraz godny wielkiego mistrza nieprzeciętnych komedii.
Tym razem Woody opowiada nam historię bardzo niedopasowanego narzeczeństwa, Inez i Gila – inne priorytety, cele, charaktery, sposób życia, które podpatrujemy w czasie podróży we Francji. Jest to bardzo przeciętna miłosna opowieść. Romantyczny, aż do bólu narzeczony (Owen Willson) i wzbudzająca lekką niechęć panienka z dobrego domu (Rachel McAdams) ewidentnie nie są stworzeni dla siebie. Po drodze pojawia się oczywiście były chłopak Inez, z którym ona wdaje się w romans. Żadnych rewelacji, od początku wiemy, że para w krótce się rozstanie. Tendencyjnie – jak w każdej komedii romantycznej musi być jednak tak wyczekiwany happy end. Gil – wystawiony i poniżony przez swoją narzeczoną spotyka w tym jakże magicznym mieście swoją drugą połówkę (co za przypadek!) Okazuje się, że niezrozumiałe przez wcześniejsze kochanki uwielbienie Gila do spacerów w deszczu w końcu zostaje przez kogoś zaakceptowane. Film kończy się, o zgrozo, przesłodzoną sceną kiedy to nowa zakochana para odchodzi z uśmiechem na twarzy w strugach francuskiego oberwania chmury.)
Ta banalna historia jest jednak jedynie przykrywką do o wiele ciekawszego wątku, który porusza Allen w swoim nowym filmie. Gil w irracjonalny sposób przenosi się do czasów francuskiej bohemy artystycznej. Mamy do czynienia z wieloma równoległymi światami (teraźniejszością - XXI w, oraz wcześniejszymi epokami). Dzięki temu zabiegowi, zaskakującemu odbiorcę formą przekazu, pięknymi obrazami z innej epoki i wpleceniu w fabułę filmu postaci, które w dzisiejszych czasach są już niemal ikonami popkultury, widz zapomina o przerażająco nudnej miłosnej historii, która jest motywem przewodnim scenariusza.
Nie możemy się oszukiwać, film jest naprawdę dobry. Jednak Woody Allen wcześniejszymi swoimi pracami postawił sobie bardzo wysoką poprzeczkę. Niestety nie daje rady jej pokonać, ba, nawet się z nią zrównać! Kolejnym jego błędem jest powielanie stereotypów miejsc, które pokazuje. Francuzi zarzucają mu, że nie pokazał Paryża takim jakim jest naprawdę. Opisuje go oczami turysty. Jednak Allen jak zwykle zręcznie tłumaczy te zarzuty swoim wypracowanym cynicznym kontrargumentem: „Jestem Nowojorczykiem, na Boga, jak inaczej mam pokazać Francję, jak nie z punktu widzenia obcokrajowca?”.








więcej »




























