Po raz kolejny (po Marooned in Iraq i Półksiężycu), poprzez wykorzystanie muzycznej perspektywy, Bahman Ghobadi ukazuje problemy, jakie trapią przeciętnych mieszkańców Iranu. Ograniczeni przez restrykcyjne prawo oraz zmagający się z nieustającą biedą, skazani są na życie w ciągłym strachu. Powracając do tej trudnej tematyki, Ghobadi udowadnia, jak bliskie są mu to problemy.
Angażując do filmu, opartego na prawdziwych wydarzeniach, amatorów, bedących w rzeczywistości muzykami biorącymi udział w przedstawianych zdarzeniach, nadał mu autentyczności. Ci, całkiem przekonująco odgrywający swoje role, przy okazji zadbali o solidną oprawę muzyczną, która w zasadzie stanowi o sile wydźwięku filmu. To w ich muzyce wyraża się rozgoryczenie młodego pokolenia Irańskich artystów, ograniczanych i spychanych przez władzę do "muzycznego podziemia". Słowa każdego utworu stanowią odzwierciedlenie ich umysłowego oraz emocjonalnego stanu. Obazują sytuację, w jakiej znajduje się większość Irańczyków.
Wszystko to poznajemy poprzez historię pary muzyków- Ashkana i Negar, przed którymi staje szansa wystąpienia z zespołem na koncercie w Londynie. Problem w tym, że w wyniku represji stary skład się posypał,a ci, którzy pozostali, nie mogą liczyć na legalne paszporty i wizy. Wtedy na ich drodze staje Nader - człowiek "z kontaktami", który gotowy jest na największe poświęcenia, w imię pomocy nowoodkrytym talentom.
Decydując się na obejrzenie filmu, "skazujemy się" na ponad półtora godzinną muzyczną podróż, towarzysząc dwójce głównych bohaterów, wytrwale dążących do osiągnięcia upragnionego celu.
Zapewne film ten będzie ucztą dla "wszechstronnie osłuchanych muzykoholików". Po seansie nie jeden z nich będzie poważnie rozmyslał nad zaopatrzeniem się w, nie tak łatwo dostępny, soundtrack. Znaleźć na nim można utwory takich zespołów jak Take It Easy Hospital, The Yellow Dogs Band czy Mirza. Pobrzmiewają na niej echa indie rocka, metalu, bluesa, muzyki etnicznej i hip-hopu. Można więć śmiało stwierdzić, dla każdego coś miłego.
Kolejnym atutem filmu jest jego tragikomiczny charakter, który sprawia, iż widz nie czuje się zbytnio przytłoczony przygnębiającą treścią filmu, a jego odbiór staje się łatwiejszy oraz przyjemniejszy. Do uzyskania tegoż efektu reżyser wykorzystał postać, wspominanego już, Nadera-niezwykle pozytywnej postaci, wzbudzającej sympatię oraz nierzadko wywołującej uśmiech na twarzy. Rewelacyjna rola.
Ponad to, Ghobadi umiejętnie buduje napięcie, powoli prowadząc widza do dramatycznie zapowiadającego się zakończenia. Happy endu nie ma się co spodziewać, bo jak śpiewa jeden z muzyków: "to jest Teheran, miasto me, nie ma tu kwiatów ani lizaków, nie". Film jest pozbawiony sztuczności, hollywoodzkiej niesamowitości. Uracza widza surowymi kadrami, ukazując wszechobecną biedę.
W obliczu przedstawionych zalet zdawałoby się, że film jest pozbawiony wszelkich wad. Jednak szukając umiaru w zachwytach nad "Nikt nie rozumie...", można by uczepić się scen, obnażających u aktorów nieumiejętność "śpiewania z playbacku", bądź też zły montaż. W oczy rzucają się bowiem niesharmonizowane z wokalem ruchy ust bohaterów. Czy można uznać to za poważny zarzut? Osobiście wątpię, ale zapewne jest jedynym, który mogłabym postawić twórcom filmu.
Nawiązując do ogólnej treści filmu oraz przesłania, jakie ze sobą niesie, pojawia się problem z powiązaniem jej z tytułem. Jak bowiem mamy go rozumieć (jeśli chodzi o tłumaczenie polskie)? Nikt nie rozumie perskich kotów, czyli Irańczyków śpiewających po persku? Coś tu nie gra, gdyż wielu z nich śpiewa po angielsku. Ich mentalności? Być może, ale napewno nie dowiadujemy się tego z treści filmu. A może tytuł został źle przetłumaczony? Czy mała korekta na "Nikt nie wie o perskich kotach" nie byłaby uzasadniona? Wszak te "ludzkie koty" są zamknięte na świat, spychane do piwnic i garaży. Mają poczucie niesprawiedliwości i zapomnienia przez świat. Jak śpiewa w jednej z końcowych scen Ashkan: " Nikt mnie nie zna. Nikt nie współczuje. Nikt nie docenia. Nie potrzebuje".








więcej »




























