Pod koniec 2011 roku do kin zawitał prequel znanego z 1982 roku filmu "The thing" o tym samym tytule. "Coś" z lat osiemdziesiątych jest remakem filmu "Rzecz" z 1951 roku. To właśnie ta kwestia - "The Thing" ma długą historię, trzy różne odsłony - zachęciło mnie do odwiedzenia kina. Zastanowiający był jednak fakt, że nie słyszałam o tym filmie wcześniej, reklama była znikoma, a sala, w której pokazywano dzieło Heijningena mieściła maksymalnie 40 osób. Mimo to z lekkim poddenerwowaniem - w końcu od lat pięćdziesiątych film ten istnieje w ten czy inny sposób w mentalności ludzi - udałam się na salę kinową i (po 30 minutach bardzo "ciekawych" reklam) zaczął się jeden z najlepszych horrorów sience fiction jakie w życiu widziałam.
Muzyka stworzona przez Marco Beltrami od pierwszych sekund wbija w fotel - widz czuje, że to co zaraz zobaczy będzie conajmniej przerażające. W rzeczywistości jest to krwawy, obrzydliwie straszny i trzymający w napięciu w każdej minucie obraz tego co działo się przed wydarzeniami w "The thing" z 1982 roku. Można uznać, że jest to swojego rodzaju hołd dla Carpentera i jego dzieła.
Akcja filmu toczy się w latach osiemdziesiątych na Antarktydzie, gdzie gupa naukowców odkrywa niesamowite znalezisko - statek kosmiczny który rozbił się na Ziemi tysiące lat temu. Nad całym przedsięwzięciem panuje światowej sławy naukowiec Sander Halvorson (Ulrich Thomsen), ktorego chęć sławy i zdobycia fortuny dzięki temu odkryciu, zaślepia przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Sprowadza on ze Stanów Zjednoczonych młodą badaczkę Kate Lloyd (w tej roli Mary Elizabeth Winstead) i z początku tylko ona wraz z pilotem Samem Carterem (Joel Edgerton) wyczuwają zagrożenie ze strony obcego. Jest on (ten obcy) zdolny do niejakiego wnikania w ofiarę, zabija ją, panuje nad jej ciałem i omamia inne przyszłe ofiary. Każdy z badaczy może mieć w sobie tego obcego. Każdy może być zagrożeniem dla współmieszkańców stacji badawczej. To "coś" jest o tyle przerażające, że do momentu ataku niewidoczne. Ma ogromną przewagę nad ludźmi. Szpony, macki, ostre jak brzytwa zębiska, wielka paszcza. To co wyłania się z ofiar i atakuje innych jest najbardziej przerażającym obcym jakiego moim zdaniem stworzono w filmie. Bo czyż jest coś bardziej strasznego od czegoś po czym nie wiemy czego się spodziewać? Badacze nie potrafią przewidzieć jego następnego ruchu ani tego, w której osobie się teraz znajduje. Wszyscy mogą stanowić zagrożenie. Nikomu już nie można ufać, nic nie jest pewne, nawet najlepszy przyjaciel może okazać się krwiożerczym obcym. Dodatkowego dreszczyka emocji dodaje mroźna i zaśnieżona sceneria oraz fakt, że naukowcy są zdani tylko na siebie.
Postać Kate jest o tyle ciekawa, że nie jest to słaba dziewczyna naukowiec - potrafi trzeźwo myśleć w momencie zagrożenia, zabija to "coś" bez skrupółów. Nawet jeśli istnieje podejrzenie, że któryś z badaczy ma w sobie obcego - traktuje go miotaczem ognia z zimną krwią i bez chwili zastanowienia. Chce za wszelką cenę ratować siebie i tych, którzy pozostali jeszcze bez szwanku.
Na ekranie zobaczymy mnóstwo strachu, krzyku, śmierci, krwi, walki, ciągłego napięcia i niewiadomej - czyli to co składa się na dobry horror. Jako film science fiction "The Thing" nie ustępuje innym dziełom z tej kategorii. Obcy jest tak niesamowicie stworzony, że na same przypomnienie jego wyglądu mam ciarki.
Tak jak w 1982 tak i teraz "Coś" będzie zachwycał. Mniej odporni na stres będą siedzieli w sali kinowej z zasłoniętymi oczami, a Ci którzy mają słabe żołądki myślę, że powinni przygotować się na ostre doznania. Jest to film zdecydowanie godny polecenia fanom horrorów jak i tym, którzy nie przepadają za tym gatunkiem. Zapewniam, że się to zmieni.








więcej »





























