Już dawno zrozumiałem, że nie liczą się liczne nagrody, gdyż nie zawsze są adekwatne do wartości obrazu filmowego. Tym samym dosyć sceptycznie podszedłem do dzieła, w którym na pierwszym planie znaleźli się Mark Wahlberg i Christan Bale. Nie będę jednak ukrywał, że ostatnio jestem zafascynowany tematyką boksu i pewnie dlatego tytuł przyciągnął mnie z mocą magnesu. Domyślałem się jednak, że nie będzie to film, który można porównać do serii Rocky, raczej przywodzi on na myśl „Człowieka ringu”. Jednak w praktyce okazało się, że jest to dobry mix wymienionych produkcji. Micky Ward (Mark Wahlberg) jest bokserem wagi półśredniej, który na co dzień zajmuje się sprzątaniem ulic. Jego historię poznajemy w dosyć krytycznym momencie, gdyż mężczyzna przegrał kilka ostatnich walk i jest załamany. Do tego dochodzą jeszcze problemy z byłą żoną, despotyczną matką, rozhisteryzowanymi siostrami i przede wszystkim z bratem, Dicky’m. Dicky był utalentowanym pięściarzem, który rokował nadzieje, ale niestety nie wytrzymał presji i obecnie jest uzależniony od narkotyków. Były bokser stara się trenować młodszego brata, jednak przez swoją słabość nie jest w stanie tego robić w zadowalający sposób. Promień nadziei pojawia się w momencie, kiedy Micky poznaje barmankę „po przejściach”, Charlene (Amy Adams). Dziewczyna jest dla niego wsparciem i w końcu młody pięściarz zaczyna rozumieć, że w jego życiu potrzebne są niemałe zmiany, dodatkowo bardzo trudne do przeprowadzenia.
Film oparty jest na prawdziwej historii i można z niego wyciągnąć trywialną, a zarazem wspaniałą prawdę o życiu: jeśli pragniemy czegoś wartościowego, czasem musimy się temu totalnie poświęcić, nie zważając na ból. „Fighter” to swego rodzaju pomost pomiędzy wyidealizowanym światem ukazywanym w niektórych produkcjach z Hollywood, a brudem walk z arsenałem krwi i potu. Nie zobaczycie tutaj wymuskanych scenerii, wspaniałych hoteli, drogich samochodów. Jest kiepska dzielnica, patologiczna rodzinka oraz wychudzony ćpun. Jak w takim miejscu przetrwać? Trzeba być silnym i dążyć do wyznaczonego celu. Takim twardym i upartym zawodnikiem pragnie być Micky, z czasem również jego brat. Ci dwaj stworzą szczerą historię o przyjaźni, zaufaniu i o tym, że kiedy się chce, można odnaleźć zgubione światełko na końcu tunelu.
„Fighter” to kwintesencja tego, co najcenniejsze w pierwszej i drugiej części Rocky’ego. Oto główny bohater przechodził morderczy trening wśród swoich ziomków, aby wejść na sam szczyt. Nie inaczej jest tutaj, ale w tym dziele zahaczono również o uderzające autentyzmem skomplikowane relacje rodzinne, tak często występujące w prawdziwym życiu. Film jest dosyć uniwersalny. Skupia się na osobie Micky’ego, lecz po zastanowieniu okazuje się, że każda z przedstawionych postaci walczy. Dlatego, jeśli mamy gorszy dzień, to właśnie to dzieło może doskonale podnieść na duchu. Jest to swego rodzaju bomba dobrych, pozytywnych myśli, która sprawia, że chce się iść dalej i zwyciężać!
W filmie szalenie podobała mi się gra aktorska Christiana Bale’a. Widziałem go jako Batmana, zapamiętałem z „Wroga publicznego”, filmów, w których stworzył interesujące kreacje. Rola Dicky’ego była zupełnie inna. Wcielenie się w chybotliwego fizycznie i emocjonalnie narkomana nie jest czymś prostym, a Bale poradził sobie z tym wyzwaniem doskonale. Wiarygodnie pokazuje, jak można się stoczyć i wyglądać po zawładnięciu ciała i duszy przez używki. Nie gorzej wypada Mark Wahlberg, który musi być twardym gościem i w takiej wersji daje się poznać na początku akcji. Jednak za maską fightera znajduje się człowiek uczciwy, rodzinny i rozsądny.
Spodobał mi się również sposób kręcenia scen ringowych. W Rocky’m walki wyglądają bajecznie, lecz nijak mają się do rzeczywistości. W filmie „Fighter” pojedynki zostały nakręcone profesjonalnie i mimo że na ringu są aktorzy, to wyglądają jak relacja z prawdziwego widowiska. Nie pokuszono się o modne hollywoodzkie wstawki (np. slow motions – tak popularny w dzisiejszych czasach) i pokazano czystą, męską walkę.
„Fighter” to film udany, niewymuskany, nieoszlifowany i za to go cenię. Fakt, może wydawać się twardszy, bardziej posępny, ba, niektórzy mogą nawet wspomnieć, że scenerie są brzydkie, ale życie to nie bajka. Takie „twarde” produkcje jednak trafiają najlepiej do wyobraźni, dają nadzieję i przywracają promyk słońca do serca, który zagrzewa do walki.








więcej »




























