Guy Ritchie jest reżyserem niezwykle kreatywnym co udowodnił między innymi w „Przekręcie”, którym odświeżył gatunek kina gangsterskiego. Dlaczego więc nie miałby uczynić tego samego z filmem przygodowym przy okazji realizacji „Sherlocka Holmesa”? Twórca nie zawiódł, całość uzupełnił charakterystycznym dla niego reżyserskim luzem, doprawił komicznymi dialogami oraz skwitował dynamicznie rozgrywającą się akcją, skonstruowaną w detaliczny i perfekcyjnie obmyślany, sposób. Teraz powstał sequel, co nie dziwi biorąc pod uwagę politykę stosowaną ostatnio przez Hollywood.
Sherlock trochę przytył, zapuścił brodę, ale mentalnie nie zmienił się ani trochę, podobnie jak Watson. Cały czas stanowią dwa przeciwieństwa- Holmes jest nieokrzesany, nieodpowiedzialny, działa brawurowo, nie śpi, nie je, eksperymentuje, a jego metody są, delikatnie mówiąc, nieklasyczne, a ponadto potrafi wplątać się w kłopoty. Watson patrzy na niego z politowaniem, ale kiedy trzeba, dołącza do partnera i uzupełnia go. Wydaje się, że w ich żyłach płynie ta sama krew. Już od początku na ekranie króluje humor, dwaj główni bohaterowie przekomarzają się, a Holmes jak zwykle zadziwia typowym dla siebie absurdem. Reżyser postawił na sprawdzony już schemat- w sequelu opowiada historię w podobny, zagmatwany, luźny i pełen tajemnic, sposób. Film zaczyna się więc bez owijania w bawełnę i poza niektórymi scenami (takimi jak ta w mieszkaniu Sherlocka) Ritche wplątuje widza w wir wydarzeń, stawiając na intrygę.
„Sherlock Holmes: Gra Cieni”, mimo że jego fabuła jest zupełnie inna od poprzednika, to sposób jej realizacji jest lustrzanie podobny do pierwowzoru. Nie możemy narzekać na brak widowiskowości i wolne tempo akcji, a przepychanki słowne i te fizyczne przeplatają się ze sobą. Oprócz tego mamy efektowne dialogi, które uzupełniają akcję (np. sceny w pociągu) i podkreślają komizm tej historii. Brakuje dłużyzn psychologicznych, ale to nie jest żadne zaskoczenie, biorąc pod uwagę nazwisko reżysera i znając pierwszą część przygód słynnego detektywa. Sequel jest oczywiście majstersztykiem pod względem technicznym, kamera dynamicznie rejestruje efektowane potyczki, szybie cięcia przyśpieszają tempo, dużo jest też zbliżeń skupiających się na mimice bohaterów. Słowa uznania należą się montażystom, dzięki którym sceny ucieczek, pogoni, bijatyk, sprzeczek etc, prezentują się efektownie. Scenografowie też spisali się na medal, pokazując dziewiętnastowieczną rzeczywistość z najmniejszymi szczegółami. Wszystko więc wydaje się być na swoim miejscu. No właśnie, ale przez pierwszą godzinę trwania seansu, mniej więcej do połowy, nowy Sherlock jest nieco wtórny, nużący, bo powielający schematy.
Momentem zwrotnym są sceny, które rozgrywają się w fabryce broni w Niemczech. Od tego momentu akcja rusza do przodu, a związek z pierwszą częścią staje się mniej widoczny. Ogromne wrażenie robi sekwencja ucieczki Sherlocka i jego ekipy, przez las, w deszczu pocisków posyłanych przez wroga. Kamera wtedy wielokrotnie zwalnia, śledzi każdy ruch, skupia się na detalach. Od tego momentu jakby historia przełącza się na piąty bieg, Ritchie jeszcze bardziej bawi się techniką, montażem, poszczególnymi ujęciami. Sceny rozgrywane na konferencji pokojowej w Szwajcarii to już apogeum napięcia. Za bardzo udany należy uznać pomysł rozegrania zakończenia tej historii w potyczce słownej między Sherlockiem, a Moriartym, grającymi w szachy. Nie mają oni rzeczywistego wpływu na dziejące się wydarzenia, znajdują się na balkonowym tarasie, podczas gdy wszystko dzieje się wewnątrz. Bohaterowie teoretycznie nie mogą przewidzieć co się stanie, a mimo to, ich spryt i zdolność do przewidywania wydarzeń, realizowania własnego planu, poznania następnego ruchu przeciwnika, tworzy prawdziwe emocje, tworzące godny finał.
„Sherlock Holmes: Gra Cieni” wydaje się mieć również lepszy scenariusz niż poprzednik. W pierwszej części postawiono na okultyzm, satanizm, z rozwojem techniki w tle. Tutaj tematem głównym jest rywalizacja dwóch wielkich mocarstw, pomiędzy którymi toczy się zaciekła rywalizacja i gra pozorów. Profesor Moriarty- główny wróg Sherlocka i Watsona, dążący do rozpętania wojny, będący uosobieniem anarchii i braku skrupułów w dążeniu do celu, nie jest rzeczywistym zagrożeniem dla globu. W finale czarny charakter mówi, że świat wręcz żądny jest konfliktu. Pod pozorami pokoju kryje się wyścig zbrojeń i podstępne plany.
Kilka słów o aktorstwie… Duet- Robert Downey Jr. i Jude Law, tworzą niezapomnianą parę, uzupełnia ich Noomi Rapace (znanej z trylogii Millennium, głośnej ostatnimi czasy, nakręconej na podstawie prozy Stiega Larssona), w roli cyganki poszukującej swojego brata, wplątanego w spisek. Wszyscy wypadają przyzwoicie, kobiecy charakter jest jak zwykle nieco w tle, ale nie dziwmy się, bo Downey Jr. i Law zdecydowanie zdominowali ten film. Jared Harris jako profesor Moriarty jest taki jaki być powinien- chłodny, groźny, tajemniczy, czasami ironiczny. Prawdziwą perełką jest jednak rola (a bardziej rólka) Stephena Fry, który wcielił się w postać brata Sherlocka- wprowadza do historii najwięcej humoru, mimo że na ekranie pojawia się zaledwie kilka razy, robi wrażenie swoją osobowością, w niektórych miejscach przypominającą (aż nadto) charakter sławniejszego brata.
Na końcu czeka na widzów również niezwykle zabawna scena, która doskonale podsumuje drugą część przygód Sherlocka Holmesa. Jeśli musiałbym wybierać między „jedynką”, a „dwójką”, postawiłbym na tę drugą.








więcej »



























