Death Race 2000 już z założenia nie jest filmem dobrym, intelektualnym czy mającym skłaniać do refleksji, skąd więc wynika jego fenomen? Spieszę z wyjaśnieniami i zapraszam do lektury.
Roger Corman zyskał popularność jako rzemieślnik, który mając do dyspozycji niewielkie pieniądze, w rekordowo krótkim czasie tworzył kolejne filmy z zakresu kina grozy i science fiction.. Słynny wśród miłośników horrorów jest przykład Upiornej kwiaciarni – filmu, który został stworzony w czasie mniej więcej 60-u godzin. Mimo, iż produkcje sygnowane nazwiskiem Cormana nie były szczodrze finansowane i w efekcie możliwości reżysera były okrojone – co przekładało się na braki w scenografii i wątpliwą jakość efektów specjalnych – Corman stał się twórcą rozpoznawalnym {paradoksalnie wydaje się więc, że były to czynniki mające korzystny wpływ na karierę). Dzięki wrodzonej charyzmie i pomysłowości reżyser zyskał rozgłos i wierne grono fanów. Od roku 1971 Corman poświęcił się pełnieniu funkcji producenta, więc siłą rzeczy nadal wywierał niebagatelny wpływ na stylistykę filmów.
Jednym z obrazów, w którym widoczna jest ręka Cormana jest Death Race 2000. Wyreżyserowany przez Paula Bartela (który rok później, we współpracy z prawie niezmienioną obsadą stworzył równie popularny Cannonball) film oparty jest na krótkim opowiadaniu zatytułowanym „The Racer”, autorstwa Iba Melchiora i prezentuje niepokojącą wizję przyszłości. Tendencja do przedstawiania postapokaliptycznych wizji świata po globalnej katastrofie była niezwykle silna w latach 70. – kinematografia tego okresu stanowiła niejako ujście dla ówczesnych nastrojów społecznych. Obok Death Race 2000 w nurcie postapokaliptycznego kina lat 70. pojawiły się takie filmy jak Chłopiec i jego pies (1975), Aleja potępionych (1977), Śmiertelny sport (kolejny, „sportowy” produkt Rogera Cormana, 1978) czy wreszcie ikona tego modelu kina Mad Max (1979).
Death race 2000 ukazuje, w przeciwieństwie do stereotypowo rozumianych krajobrazów postapokoliptycznych (wszechobecna pustynia, radiacja, walki o pożywienie), odbudowany już świat. Jest rok 2000, minęło 21 lat od kataklizmu nazwanego w filmie „wielką katastrofą”. Przywódca Stanów Zjednoczonych (przekształconych na Zjednoczone Prowincje Ameryki) sprawują kontrolę nad – prawdopodobnie – całym światem. Najpopularniejszą formą rozrywki stają się niezwykle brutalne i niebezpieczne wyścigi samochodowe, będące nawiązaniem do starożytnych walk gladiatorów. Akcja filmu rozpoczyna się wraz z ogłoszeniem przez prezydenta, przebywającego w swojej letniej rezydencji w Pekinie (!), startu 20. wyścigu transkontynentalnego, będącego „symbolem amerykańskich wartości i stylu życia” (jak twierdzi komentator). W zawodach bierze udział 5 par, mocno odmiennych – zarówno pojazdy jak i stroje kierowców (i ich nawigatorów) są silnie przejaskrawione i służą wyeksponowaniu różnic pomiędzy zespołami. Mamy więc nawiązania do starożytnego Rzymu poprzez postać Nero the Hero, nazistowskich Niemiec – Matilda the Hun, realiów Dzikiego Zachodu – Calamity Jane oraz czasów prohibicji i działalności gangsterów – „Machine Gun” Joe Viterbo (młody Sylvester Stallone!). Reprezentantem Zjednoczonych Prowincji Ameryki, bohaterem narodowym i faworytem publiczności jest Frankenstein (David Carradine) – weteran wyścigów, ofiara licznych wypadków na torach, posiadacz zniekształconej poparzeniami twarzy oraz sztucznej ręki, nogi i kilku innych części ciała.
Celem odgrywających te „role” psychopatów jest nie tylko jak najszybsze dotarcie do mety, ale także zdobywanie punktów, przyznawanych za potrącanie pieszych. Na potrzebę wyścigu stworzono nawet określoną punktację, w której rozjechanie dziecka lub starca jest wyczynem najlepiej punktowanym. Płeć także ma znaczenie – za kobietę przyznawany jest specjalny bonus. Ironicznie – czyżby autorzy wynaleźli sposób kontroli populacji i regulowania przyrostu naturalnego?
Dwa wątki w obrazie zostały szczególnie wyeksponowane, jednym z nich jest konflikt pomiędzy zawodnikami, drugim zaś próba obalenia urzędującego prezydenta. Spięcia w gronie kierowców wynikają przede wszystkim z inicjatywy Joe Viterbo, zakompleksionego twardziela, który za wszelką cenę chce udowodnić sobie i widzom, że nie jest gorszy od Frankensteina. Właściwie większość działań podejmowanych przez bohatera Stallone’a ma wymiar komiczny, począwszy od otworzenia ognia do głośno okazujących mu dezaprobatę miłośników rywala, poprzez niezbyt „dżentelmeńskie” zachowanie wobec partnerki („ludzie mogą uważać, że jesteś słodka. Moim zdaniem jesteś tylko wielkim, pieczonym ziemniakiem!”), kończąc na rozjechaniu własnych mechaników kąśliwie komentujących obitą twarz gangstera po bójce z konkurentem. Drugi istotny motyw związany jest z działalnością ruchu oporu, sprzeciwiającego się władzy aktualnego przywódcy Zjednoczonych Prowincji. Absurdalnie prezentuje się pomysł pozbycia się jednego z uczestników wyścigu poprzez skierowanie go fałszywym znakiem drogowym do imitacji tunelu, za którym czeka na nieszczęśnika jedynie przepaść. Inicjatywa godna Kojota ze Strusia Pędziwiatra! Celem ruchu oporu jest nie tylko wyeliminowanie poszczególnych zawodników, ale także schwytanie idola mas - Frankensteina, który stałby się kartą przetargową w negocjacjach z prezydentem w sprawie zdelegalizowania wyścigów. Śmiesznie wyglądają nieudolne próby opozycjonistów, zwłaszcza, że liderzy ugrupowania nie rozumieją mechanizmów funkcjonowania państwa totalitarnego. Nie dostrzegają teatralności i sztuczności wyścigów, nie zdają sobie sprawy, że rajdowcy są „produkowani” przez system. W pewnym momencie okazuje się, że Frankenstein nie jest poszkodowany tak bardzo jak twierdzą media, a w postać wcielają się kolejni kierowcy. Śmierć jednego Frankensteina prowadziłaby więc jedynie do zastąpienia go przez kolejnego ochotnika.








więcej »




























