Coś z całą pewnością zasłużyło na dookreślenie mianem filmu kultowego. Choć początki nie zapowiadały sukcesu (tylko 3 miliony dolarów wpływów podczas pierwszego weekendu wyświetlania), z czasem (głównie za sprawą wydania filmu na nośniku VHS) ukonstytuowała się pozycja obrazu, a najlepszym przykładem na to jak duże wciąż wywiera wrażenie, może być historia dwóch miłośników filmu, którzy w 2002 roku odnaleźli na Alasce fragmenty dekoracji z planu filmowego.
Warto zauważyć, że moment tworzenia filmu to właściwie początek reżyserskiej przygody Johna Carpentera w zakresie wysokobudżetowego kina (koszt produkcji wyniósł ponad 15 milionów dolarów). Scenariusz filmu w głównej mierze oparty jest na noweli „Who goes there?” autorstwa Johna Campbella. W stosunku do oryginału wprowadzono jednak zmiany, które bardziej odpowiadały autorskiej wizji Carpentera. Coś pomimo daleko idących różnic, stanowi także remake wersji z 1951 roku zatytułowanej Istota z innej planety (obrazu funkcjonującego – z uwagi na niezwykłą inwencję tłumaczy – także pod szeregiem innych tytułów). Ciekawe są relacje pomiędzy reżyserami obu filmowych wersji – o ile Carpenter niejednokrotnie wspominał o fascynacji pierwowzorem, o tyle członek duetu reżyserskiego Istoty… – Christian Nyby po premierze stwierdził „jeśli chcesz krwi, idź do rzeźni. Ogólnie rzecz biorąc jest to [film – W.S.] wspaniała reklama whisky J&B”. Nie były to zaskakujące słowa, zwłaszcza w sytuacji ogólnego rozczarowania ówczesnych krytyków (podobnie zresztą jak w przypadku filmu s-f mającego premierę tego samego dnia – Blade Runnera), którzy mieli mówić o „pornografii przemocy”. Dziś jednak film powszechnie uznany jest za arcydzieło gatunku, a noty wystawione na opiniotwórczych portalach IMDb (8,2/10) oraz Rotten Tomatoes (78% - zdaniem recenzentów i 88% - użytkowników portalu) świadczą o wciąż rosnącym uznaniu. Należy więc zadać sobie pytanie – czym właściwie ujął widzów Carpenter?
Coś, podobnie jak pierwowzór z 1951 roku przedstawia dramatyczne wydarzenia z amerykańskiej stacji badawczej. Antarktyda (zmiana w stosunku do literackiego oryginału, który rozgrywał się na Alasce), rok 1982 (następuje zatem rezygnacja z charakterystycznego dla kina s-f wizjonerstwa) – ciszę i spokój w obozie zakłóca nagłe pojawienie się norweskiego helikoptera, którego pasażer za wszelką cenę próbuje zastrzelić uciekającego psa. Strzelający mężczyzna, wydaje się być obłąkany, a żaden z Amerykanów nie potrafi zrozumieć jego intencji. Wskutek nieudanej próby zabicia zwierzęcia helikopter z pilotem na pokładzie eksploduje, a pasażer zostaje zastrzelony przez wojskowego stacjonującego w bazie. Mogłoby się wydawać, że kryzys został zażegnany, jednak te wydarzenia stanowią dopiero pierwsze ogniwo łańcucha niekończących się katastrof. By poznać motywację Norwegów, dowódca Garry decyduje się wydelegować doktora Coppera i pilota MacReady’ego (Kurt Russel) w celu przeprowadzenia ekspedycji do placówki szaleńców.
Choć stacja badawcza obcokrajowców okazuje się być doszczętnie zniszczona, mężczyznom udaje się zebrać dokumenty, nagrania i – wyjątkowo obrzydliwe – spalone zwłoki nieludzkiej istoty. Analiza materiałów pozwala stwierdzić, że Norwegowie odnaleźli zamarznięty statek kosmiczny, a wydobyta z lodu humanoidalna postać to nadzwyczaj niebezpieczny potwór. Za sprawą lekkomyślnego przygarnięcie psa, cała załoga staje w obliczu olbrzymiego zagrożenia. „Coś” okazuje się być istotną zdolną do asymilacji komórek każdej formy życia i tworzenia dowolnej imitacji, to „kameleon” przejmujący wspomnienia pochłoniętego organizmu i wykorzystujący je w swoim destrukcyjnym planie. Nie tylko pomiędzy Istotą i naukowcami rozpoczyna się walka o przetrwanie, konflikt przenosi się także na relacje pomiędzy samymi badaczami, którzy nie mogą sobie zaufać.
Mogłoby się wydawać, że w porównaniu do filmu Istota z innej planety, którego analiza zakłada duże znaczenie sytuacji społeczno-politycznej Stanów Zjednoczonych lat 50., Coś będzie wolne od wszelkich światopoglądowych odniesień. Lata 70. stanowiły schyłek Zimnej Wojny, a strach przed atomową zagładą zelżał, pojawiły się jednak nowe wątki silnie rzutujące na filmy początku lat 80. Dekada lat 70. przyniosła inny model zagrożenia – szybko rozwijającą się przestępczość, będącą reakcją na kryzys ekonomiczny, handel narkotykami i spadek zaufania do instytucji publicznych (afera Watergate). Niebezpieczeństwem dla mieszkańców USA przestał być więc przeciwnik zidentyfikowany, powszechnie znany jako „czerwony” antagonista zza Żelaznej Kurtyny, realizujący się jako obcy w opozycji do „nas, Amerykanów”. Lata 70. przyniosły wroga niewyróżniającego się, tajemniczego, żyjącego w bliskim sąsiedztwie. Gwałtowny rozwój przestępczości zaowocował spadkiem zaufania do innego obywatela. Miasta stały się wylęgarnią
występku, a działalność masowych morderców (którzy zwykle mają dość pospolite twarze) wzrosła na sile.
Coś bezpośrednio odnosi się do ówczesnych nastrojów społecznych. Ponadto sposób infekowania wypracowany przez Istotę, a także metoda wykrycia imitacji wyraża niejako obawy związane z pojawiającymi się w latach 80. doniesieniami o nieznanej, skrajnie niebezpiecznej chorobie – AIDS (co ciekawe - w roku 1982 nie była jeszcze nawet nazwana, a jak wiadomo, element rzeczywistości nieznany i niezdefiniowany dodatkowo intensyfikuje strach). Obcy przejmujący tożsamość jest nierozpoznawalny, staje się oszustem, prowadzi dywersję i skłóca ze sobą mieszkańców obozu. Jakże różni się od wcześniejszych przeciwników ludzkości, rozpoznawalnych i charakterystycznych potworów. Ponadto „Coś” nie jest nierozumnym monstrum – kierują nim te same uczucia co próbującymi zgładzić go ludźmi – prosty i niezwykle silny instynkt przetrwania.








więcej »




























