Większej reklamy nie trzeba, zwłaszcza, że werdykt jury był już praktycznie znany przed rozpoczęciem samego konkursu. Produkcję wyreżyserował Terrence Malick- człowiek, który przez 40 lat nakręcił 5 filmów. Pamiętacie „Cienką czerwoną linię”? Malick tworzy swoje dzieła tylko wtedy, gdy ma coś ważnego do powiedzenia. Nie ulegało wątpliwości, do pewnego momentu, że tak samo będzie w przypadku „Drzewa życia”.
W „Cienkiej czerwonej linii” reżyser przedstawił widzowi bezsens wojny, pokazał własny pogląd na życie, uwydatnił piękno egzystencji oraz jej wartość. Udało mu się przesadnie nie filozofować, a także wyrzec się nachalności. „Cienka czerwona linia” to chyba najsłynniejszy obraz Malicka i choć to dzieło długie to ogląda się je z przyjemnością, zachwytem i refleksją. Poza świetnymi scenami batalistycznymi, reżyserowi udało się uchwycić piękno tego świata pokazując to na przykładzie żołnierza i jego obserwacji, przemyśleń podczas trwania wojny. Subiektywizm w tym filmie jest bardzo mocny, ale „Drzewa życia” chyba nic nie przebije. Nigdy nie ceniłem nachalności w kinie, a ten obraz jest nachalny do bólu i stanowi to bodajże największą jego wadę. Terrence czekał z wypuszczeniem swojego „dzieła” kilka dobrych lat, przez ten okres oczekiwania były coraz większe, co nie wyszło w ostateczności reżyserowi na dobre. „Drzewo życia” miało być zaprezentowane w Cannes już rok temu, nie wyszło, więc zobaczyliśmy je w tym roku. Pomysł wyjściowy był dobry, przedstawić trudy wychowania i tego skutki dla dziecka w późniejszym dla niego okresie życia. Malick mógłby zaprezentować przeciwstawne wizje i sposoby życia- doświadczonego i surowego ojca oraz dziecka, niewinnego chłopaka, który dopiero szuka. Co jest lepsze? Twarde wychowywanie od samego początku, kierunkowanie potomka na to co według ojca mu się przyda i będzie niezbędne w dorosłym życiu, siła, pewność siebie i dążenie do perfekcji? Czy może pozwolenie dziecku wybrać drogą eliminacji, poprzez zdobywanie doświadczenia i poznania świata? Nawet tego Malickowi nie udało się do końca uwydatnić, bo w którymś momencie porzucił temat dla marnej gloryfikacji życia, które trzeba poświęcić czynieniu dobra i Bogu. Wizja to banalna i naiwna, zbyt uproszczona, abym wziął ją na poważnie. Reżyser uchwycił tylko szczątki poszczególnych motywów i tematów. Sean Penn, który gra dorosłego Jacka, snuje się po ekranie, nie wypowiadając przy tym praktycznie ani słowa. Z jego kreacji tak naprawdę nic nie wynika, oprócz tego, że widać jego brak szczęścia. W tym samym miejscu reżyser mógłby skonfrontować dorosłość Jacka z jego dzieciństwem, pokazać jakie ono miało wpływ na teraźniejszość, dlaczego nie pozwoliło mu rozwinąć skrzydeł, doznać szczęścia. To wszystko wyszłoby bardzo ciekawie, lecz pozostaje nam się jedynie domyślać co reżyser chciał pokazać i dlaczego tego nie zrobił. Blado wypada również Jessica Chastain jako pani O’Brien. Nie mam pretensji do jej aktorstwa, tylko również do samej kreacji, która w zasadzie była tak samo nijaka jak Penna. Chastain sprawia wrażenie lalki, którą można przestawiać z miejsca na miejsce- ani nie ma swojego zdania, ani nie prezentuje sobą jakiegoś światopoglądu, w „Drzewie życia” jest bohaterką praktycznie nieistotną i nie mającą wpływu na rozwój wydarzeń (jeśli w przypadku tego filmu można mówić o jakiś wydarzeniach), a tak być chyba nie miało. Najlepiej wypada Brad Pitt w roli apodyktycznego ojca. Wychowując swoich synów nie bierze pod uwagę, oni też potrzebują rodzicielskich uczuć możliwości poznania świata na własną rękę- by mieć możliwość wybrania między tym co potrzebne i zbędne. Jest to chyba najciekawszy wątek filmu, bo można z niego wyłowić masę obserwacji- leczenie kompleksów i własnych błędów przez pana O’Briena poprzez wychowywanie własnych potomków, konfrontację ojca z synem, pełnię uczuć, zmiennych i tych skrajnych, które młody Jack chciałby ojcu wykrzyczeć, lecz nie zrobi tego, bo się boi. Szkoda jednak, że później wszystko się urywa, nie widzimy nawet jaki wpływ na życie rodziny O’Brien ma tragiczne wydarzenie, które, wydawałoby się, powinno być punktem odniesienia do reszty historii. W efekcie „Drzewo życia” można odczytać jako artystyczną spowiedź reżysera, chaotyczną i często mało konsekwentną, dlatego fascynującą. Może tym samym Malick chce nam powiedzieć, że nic nie jest jednoznaczne, że nie wszystko da się wytłumaczyć prostym zdaniem. Ja bym jednak nie nadinterpretował tego filmu i nie robił z Terrence’a osoby ze zdolnościami nadprzyrodzonymi. Reżyser miał dobry pomysł, który zwyczajnie nie wypalił. Malick chciał zawrzeć w jednej produkcji za dużo wątków, życiowych porad i myśli, które na końcu wypadły błaho i naiwnie.
Sama konstrukcja „Drzewa życia” jest przytłaczająca i mdląca. Wstęp trwa praktycznie ponad połowę filmu, przez ten czas widzimy kolejne długie i ciągnące się w nieskończoność ujęcia, luźno połączone, bez jakiejkolwiek narracji. Z offu słyszymy pytania natury egzystencjonalnej. Następnie przedstawia dzieje świata od zarania, nie zapomina nawet o dinozaurach. Nie rozumiem tej pogoni za nieistotnymi detalami, które w odniesieniu do całości nie pasują. Wstęp mnie przytłoczył, przez godzinę nie zobaczyłem nawet jednego konstruktywnego dialogu, same pół- zdania, które z czasem zaczynały irytować. Dopiero później nadeszła pora na fabułę, aby na końcu powrócić do ciągnących się ujęć, które można było pokazać trzy razy krócej. Problem tkwi również w muzyce, która raz pomaga narracji, a raz ją psuje, przeszkadza, aż razi, jest zbyt dosadna, zbyt gotycka. Wydawałoby się, że wszystko w „Drzewie życia” jest przesadzone- i przydługi wstęp, który ani nie robi wrażenia i jest zbędny, narracja, muzyka zbyt nachalnie dopływająca do uszu, wbijająca się do umysłu widza z ogromnym impetem, a także biblijna symbolika.
I jeszcze jedno. Reżyser nie widzi sensu w życiu w niezgodzie z Bogiem, w życiu, w którym nie ma dobra i miłości. Nie pozostawia nam wyboru w wyborze sensu egzystencji i to jest najgorsze.








więcej »



























