Ekranizacja jednej z największych i najpopularniejszych historii DC to trudny orzech do zgryzienia. Pomysł na stworzenie filmu pojawił się już dawno, ale złożoność i cała charakterystyka komiksu sprawiały, że twórcy coraz bardziej oddalali się od realizacji filmu. Wreszcie człowiek odpowiedzialny za „Casino Royale” i „Granice wytrzymałości” postanowił zmierzyć się z zielonym pierścieniem.
Przygody „Zielonej Latarni” opowiadają o rasie nieśmiertelnych istot, które postanawiają wziąć sprawiedliwość kosmosu w swoje ręce. Dzięki swojej niezwykłej mocy udaje im się opanować wolę, a z jej pomocą stworzyć pierścienie. Wola uwięziona w „biżuterii” posiada zieloną barwę i pozwala użytkownikowi na tworzenie wszystkiego, co tylko może skrystalizować w swojej wyobraźni. Jedynym minusem pierścienia jest potrzeba ładowania go co czas obrotu planety, z której pochodzi Latarnik. Wszystkie pierścienie czerpią energię z matrycy, umieszczonej na planecie Oa, natomiast posiadacze pierścieni to strażnicy z „Green Lantern Corps”. W filmie poznajemy pierwszego Ziemianina, który będzie miał okazję dołączyć do tej prawej elity – Hala Jordana.
Jordan to uparty, egoistyczny i narwany pilot myśliwców. Nie da się go jednak zwolnić z armii, bo nikt nie potrafi latać tak jak on. Pewnego razu na jego planecie rozbija się statek kosmiczny z najlepszym wojownikiem Zielonej Latarni – Abin Surem. Umierający pilot oddaje swój pierścień i rekrutuje Jordana, a w tym samym czasie oddziały Latarników muszą zmierzyć się z potężnym wrogiem, który jednocześnie jest tak stary, jak sama moc woli. Okazuje się, że mrocznego Parallaxa może pokonać tylko żółtodziób, wyposażony w pierścień jego poprzedniego mściciela.
Komiks DC, na którego podstawie powstał film, to niezwykle zawiła, skomplikowana, a jednocześnie fantastyczna i magiczna opowieść. Zeszyty o przygodach Latarników zdobyły duże uznanie fanów wydawnictwa, zaraz po Batmanie. Równocześnie jest to scenariusz tak ambitny i absurdalny, że porwanie się na jego ekranizację odmówiło wielu doświadczonych i znamienitych twórców. Ponadto w roku „filmowego komiksu” trudno jest znaleźć odwagę i siłę na premierę obok „X-Menów”, „Kapitana Ameryki” i „Conana”. Na przekór wszelkim przeciwnościom i negatywnym opiniom „Green Lantern” znalazł się w kinie i przynajmniej w moich oczach spisał się znakomicie. Ukazanie superbohatera z pierścieniem, który w obcisłym zielonym stroju lata po Galaktykach w tak ciekawy i dojrzały sposób, zasługuje na brawa na stojąco. Już pierwsze dwie sceny wbijają widza w fotel, nie mówiąc o zdjęciach z planety Oa, gatunkach obcych Latarników, czy samego pojedynku Hala z Parallaxem. Efekty specjalne dorównują, lub nawet momentami przewyższają „Transformersy”, a to jeszcze nie wszystko. Ryan Reynolds brawurowo spisuje się jako pyskaty Hal Jordan, który jest połączeniem „gęby” Deadpoola i uroku Tony’ego Starka, a Mark Strong i dubbing takich gwiazd jak: Geoffrey Rush i Michael Clarke Duncan nie wymagają komentarza (Tomar-Re, Kilowog). Całość jest świetnie zrealizowana i dopieszczona przez elektryzującą muzykę James’a Newtona Howarda (choć nie brakuje w niej kawałków takich grup jak Sum 41 czy Groove Armada).
„Green Lantern” goni swoich wielkich poprzedników z DC, a także jest kolejnym komiksowym przebojem tego lata. Cieszy także fakt, że twórcy nie boją się takich trudnych tematów jak „Zielona Latarnia”. Jeśli znacie się na komiksach to nie musicie czytać tej recenzji aby wybrać się do kina (pewnie już zajrzeliście na zakończenie i ocenę), jeśli jednak jesteście w tym temacie zupełnie zieloni – odróbcie lekcje i zasalutujcie przed strażnikiem sektora 2316.








więcej »




























