Film, który w założeniu miał poruszać, wyzwalać emocje, okazał się pretensjonalnym, kiepsko wyreżyserowanym gniotem. Przyglądanie się przez półtorej godziny ekstremalnym praktykom seksualnym młodej Meksykanki może zszokować niektórych, co bardziej wrażliwych widzów. Pozostali raczej się wynudzą. Nie wgłębiając się w szczegóły, napiszę tylko, że główna bohaterka filmu, dwudziestopięcioletnia Laura, lubi być upokarzana. Niewyjaśniona trauma z przeszłości (mająca jakiś związek ze śmiercią jej ojca w dniu 29 lutego roku przestępnego) sprawia, że Laura odczuwa pogardę i brak szacunku wobec samej siebie. Sprowadza do swojego obskurnego mieszkania nieznajomych mężczyzn, którzy traktują ją, jak… no, przedmiotowo. Żaden z nich nie chce poważnego związku, zresztą Laura wcale o to nie zabiega. Dopiero, kiedy poznaje Arturo – niespełnionego aktora o sadystycznych skłonnościach, zawiązuje się pomiędzy nimi wyjątkowo chora relacja, którą można by nazwać: „pan – niewolnica”, chociaż trafniejszym określeniem byłoby: „kat – ofiara”. Laura świadomie wybiera rolę ofiary. Znamienne, że chociaż oboje realizują w ten sposób swoje pragnienia, żadne z nich nie odnajduje szczęścia, co najwyżej chwilowe zaspokojenie swych nietypowych pragnień. Nie potrafią się nawet zdobyć na szczerą rozmowę. Oboje pozostają samotni.
Nie wiem, o czym właściwie jest ten film. O samotności w wielkim mieście? O dążeniu do samozniszczenia? O niemożliwości zrozumienia drugiego człowieka w dzisiejszym spotworniałym świecie? Możliwe, że o tym wszystkim po trochu. Niestety, takie tematy były już w kinie opowiedziane i to w lepszy sposób. To właśnie forma, jaką wybrał debiutujący jako reżyser Michael Rowe, wydaje się największą wadą filmu. Jedynym miejscem akcji jest mieszkanie Laury w mieście Meksyk. Wszystkie ujęcia są nieruchome, tak jakby ktoś ustawił kamerę w różnych miejscach mieszkania i rejestrował zachowania znajdujących się tam osób. W ten sposób widz staje się podglądaczem. W założeniu twórców, miałoby mu to pomóc we wczuciu się w sytuację Laury. Jak twierdzi reżyser, „opowieść zamknięta przez cały czas na tak małej przestrzeni sprawia, że widownia może odczuć tę samą psychiczną izolację, jakiej doświadcza bohaterka.” Również odtwórczyni głównej roli, Monica del Carmen, chwali metodę twórczą debiutującego reżysera: „Kiedy stawiasz bohatera przed nieruchomą kamerą, możesz zobaczyć znacznie więcej, niż nią poruszając, niż dodając efekty, miksując dźwięk czy oświetlenie. Widz sam na sam z bohaterem może zagłębić się w jego świat.” Moim zdaniem taka metoda nie zdaje egzaminu w przypadku tego filmu. Zabiegi mające wywoływać wrażenie realizmu, zamiast dodawać historii autentyczności, powodują raczej znużenie, wręcz zniechęcają do zagłębienia się w dusznym i ciasnym świecie Laury.
Główna bohaterka jest postacią w gruncie rzeczy irytującą. Żadna trauma z przeszłości nie usprawiedliwia jej postępowania. Nie potrafiłem ani zrozumieć tego co robi, ani nawet jej współczuć. Chociaż film uznawany jest podobno za niezwykle kontrowersyjny, nie czułem się też przesadnie zbulwersowany. Najbardziej zszokowała mnie scena w łazience: nieruchoma kamera, widać bohaterkę siedzącą na sedesie i załatwiającą potrzebę fizjologiczną; bohaterka wstaje, podciera się, wciąga spódnicę, poprawia fryzurę i wychodzi z łazienki (co w tym szokującego? Nie umyła rąk! A fuj, nieładnie!). I właśnie tego typu dłużyzny, niewnoszące nic istotnego do akcji, serwuje nam reżyser. Niedoświetlone, statyczne ujęcia, brak muzyki, irytujący bohaterowie – to chyba nie jest recepta na dobry film.
Mamy tu do czynienia z dramatem erotycznym, świadomie odartym z erotyki. Skrajny naturalizm, zahaczający miejscami o pornografię, w dzisiejszych czasach już nie bulwersuje, ani nie jest niczym nowym, chociaż sam temat mógłby się okazać znacznie ciekawszy, gdyby został inaczej opowiedziany. Taka forma powoduje raczej obojętność na to, co widzimy na ekranie. Film porównywano ze słynnymi dramatami erotycznymi, takimi jak „Ostatnie tango w Paryżu” Bernardo Bertolucciego, „Imperium zmysłów” Nagisy Oshimy, czy „Intymnością” Patrice Chereau. Tamte filmy cechowało erotyczne napięcie, postaci bohaterów intrygowały. „Rok przestępny” tych cech po prostu nie ma i dlatego mnie nie przekonuje. Trzeba jednak pamiętać, że jest to dzieło debiutanckie, wpisujące się w nurt trudnych tematów, poruszanych w latynoskim kinie. Być może kolejne filmy Australijczyka, żyjącego i tworzącego w Meksyku, okażą się ciekawsze i warte większej uwagi.
Krytyka zeszłorocznego festiwalu w Cannes doceniła dzieło Michaela Rowe, przyznając mu Złotą Kamerę za najlepszy debiut reżyserski. Wiadomo, że nie zawsze gusta krytyki pokrywają się z gustami publiczności. Filmowi masochiści będą pewnie usatysfakcjonowani, pozostałym widzom radzę trzymać się jak najdalej od tego tytułu.








więcej »






























