Film ten, mimo że utrzymany w konwencji sci-fi, skupił się na człowieku oraz zakwestionował jedność jako dogmat tego świata- jedność istoty ludzkiej, rzeczywistości i ogólnie pojmowanej egzystencji. Jego drugi film, czyli premierowy „Kod nieśmiertelności” to połączenie trafnych obserwacji Jonesa i hollywoodzkich pieniędzy, które na przekór odbierają produkcji maksymalny potencjał.
Swojego bohatera Jones, podobnie jak poprzednio, umieścił w błędnym kole. Kapitan Colter Stevens ma za zadanie odnaleźć terrorystę- zamachowca, który podłożył bombę w pociągu zmierzającym do Chicago. Misja jest o tyle alternatywna, że Colter zostaje umieszczony w ciele innego mężczyzny, który jechał ów pociągiem i ma dokładnie 8 minut na odnalezienie przestępcy. Czemu akurat taki okres czasu? Bo tyle, w ramach eksperymentu rządowego, można odzyskać z przeżyć zmarłego człowieka. Misja może powtarzać się wielokrotnie, więc po upływie każdych kolejnych 8 minut Stevens powraca do ciała mężczyzny nie zapominając poprzednich doświadczeń. Teoretycznie ma on do dyspozycji tylko przeżycia i obserwacje mężczyzny, w którego się wciela, lecz praktycznie podejmuje on działania zupełnie inne, idące dalej- ma on przecież złapać terrorystę, a nie siedzieć spokojnie i czekać aż pociąg dotrze do stacji docelowej. Takie rozwiązania fabularne są dla widza wyjątkowo atrakcyjne (i czasami paradoksalnie irytujące, na szczęście to uczucie nie pojawia się tak często w wyniku sprawnego montażu)- każde kolejne 8 minut bohatera w pociągu staje się coraz bardziej emocjonujące, Stevens z każdą chwilę wie coraz więcej, jego chęć wykonania zadania również wzrasta. Jego partnerką w filmie jest Christina (Michelle Monaghan)- przyjaciółka Seana, mężczyzny, który służy Colterowi do osiągnięcia swojego celu. Kobieta nie zdaje sobie sprawy w jakiej sytuacji się znajduje, owszem nie poznaje Seana, który zachowuje się co najmniej dziwnie, ale nie domyśla się przecież, że jej dobry kolega (do którego zresztą co nieco czuje) został podmieniony. Pomaga mu więc, na dobre i na złe.
„Kod nieśmiertelności” okazałby się zwykłym filmem rozrywkowym, gdyby nie fakt, że Jones zawarł w nim kilka ciekawych refleksji. Niezwykle atrakcyjnie w tym wyścigu z czasem wypada postać bohatera- zamkniętego w kopule, nieświadomego swojego położenia, nierozumiejącego pozycji w jakiej się znajduje. Z czasem Stevens dowiaduje się coraz więcej, co wcale nie przybliża mu odpowiedzi na kluczowe pytania- gdzie jest i dlaczego robi to co robi. Jedynym ratunkiem okazuje się dla niego ucieczka do innej rzeczywistości. Tworząc ją, reżyser zwraca uwagę na relatywizm jedności. Podobnie jak w „Moon” bawi się z niepodważalnymi dogmatami tego świata, kwestionuje rzeczywistość jako tą jedyną i spójną. Swojego bohatera zamyka w sytuacji bez wyjścia, a kopuła w której zamknięty jest Colter zdecydowanie przypomina mi debiut Jonesa. I co z tego, że w „Kodzie nieśmiertelności” fabuła w kilku momentach zgrzyta podążając za hollywoodzkim schematem superprodukcji? I co z tego, że dobudowany nieco na szybko i za szybko wątek miłosny wydaje się na końcu nieco niewiarygodny? I co z tego, że Hollywood spieprzył zakończenie? Gdyby film skończyłby się w momencie zatrzymania czasu (odłączenia bohatera od aparatury) dostalibyśmy dość pesymistyczną wizję świata (i o wiele bardziej wiarygodną niż ostateczna), a tak…? Pod przesłodzonym finałem kryje się jednak mroczne przesłanie- Christina nie zdaje sobie sprawy, że Sean to tak naprawdę nie Sean. Trudno powiedzieć, czy reżyser przekazał nam to celowo, czy wyszło to przez przypadek, jako dodatek do bezmyślnego happy-endu. Finał jest jednocześnie niepotrzebny jak i niezbędny. Niepotrzebny dlatego, że widzimy w nim na siłę sklecony związek miłosny (wyjątkowo mdławy) oraz kolejne zagmatwanie fabuły, po którym wychodzimy z sali kinowej nieco zmieszani, a niezbędny, bo mamy okazję zastanowić się o co tak naprawdę Jonesowi chodziło- w końcu musiał jakoś wytłumaczyć relatywizm rzeczywistości i tego skutków. Szkoda tylko, że wszystko przybrało tak kolorowe i sztuczne barwy.
Duncan Jones chciał zrobić film wysokobudżetowy i zrobił. Jako reżyser sprawdził się po raz kolejny. Ja jednak do tej pory nie rozumiem niektórych wątków- trochę pominiętych, niedociągniętych (wątek bohaterki granej przez Verę Farmiga czy motyw kopuły), wprowadzonych na siłę. Mimo to, „Kod nieśmiertelności” to nie tylko rozrywka, to coś więcej i za to chwała reżyserowi- nie ograniczył się bowiem tylko do odwiecznej walki dobra ze złem, tych dobrych z tymi złymi. Powiedzmy, że to Fabryka Snów spaprała resztę.








więcej »
































