Jestem ciekaw czy ludzie odpowiedzialni za chociażby przygotowywanie promocji danego obrazu w naszym kraju (pomijając już fakt, że w filmie znajdują się wątki komediowe, ale sam w sobie przecież nie jest komedią) czy tłumaczenie tytułu z języka angielskiego to osoby kompetentne. Bo wszystko wskazuje na to, że nie.
Tak więc rok 2010 doczekał się swojego faworyta- w końcu. Warto również wspomnieć, że po dość miernym sezonie 2009 nadeszła pora na filmowy boom. „Hurt Locker”, gdyby został nakręcony rok później zapewne za wiele by do powiedzenia nie miał. Natomiast „Jak zostać królem” to obraz pod wieloma względami epicki, uniwersalny, długoterminowy. Zapewne będzie wspominany jeszcze przez długi okres czasu, a te 12 nominacji do nagrody Oscara są jak najbardziej zasłużone. Trudno powiedzieć ile film ostatecznie zgarnie, bo konkurencja w tym roku jest niebywała, lecz to jak sądzę, nie ma większego znaczenia. Produkcje takie jak „Jak zostać królem” właśnie, po prostu powinno się doceniać i podziwiać. Mnie najbardziej urzekło to, że nie był to film zrobiony „na siłę”, ze zbędną pompą, amerykańskim patosem i poczuciem wyższości. „King’s speech” to obraz nader skromny, bardziej przypominający ambitne kino niszowe niż kasowy hit. Sami Amerykanie nie zdawali chyba sobie sprawy, że film ten należy do kategorii „must see”, bowiem na otwarcie zarobił on tylko 0,4 mln dolarów. Później oczywiście sytuacja zmieniła się radykalnie, bo ostatecznie, na dzień dzisiejszy obraz zarobił ponad 100 mln.
„Jak zostać królem” udowadnia, że kino nie potrzebuje pompatycznych „Avatarów” i innych tworzyw filmopodobnych, lecz potrafi zadowolić widza prostymi środkami, znakomitym aktorstwem, nakręconą skromnie, ale dosadnie, z morałem, ale bez moralizatorstwa historią urzekającą praktycznie każdego. A o to właśnie chodzi. Film opowiada o ważnym momencie w historii Wielkiej Brytanii, ale nacisk kładzie na osobę księcia Alberta, późniejszego Jerzego VI. Był to człowiek, który od dzieciństwa się jąkał, miał spore problemy z publicznymi wymowami i nie dość, że ciążyła na nim klątwa bycia gorszym od atrakcyjniejszego brata, to koniec końców musiał zostać królem. Było to o tyle bardziej dramatyczne, że działo się to w 1936r., na 3 lata przed atakiem Hitlera na Polskę. Mimo niemałego znaczenia historii w tym filmie, nie była ona najważniejsza, a widz, który akurat wątkami historycznymi zainteresowany nie był, mógł znaleźć coś dla siebie w innych elementach obrazu. Bo Tom Hooper skupił się przede wszystkim na głównym bohaterze, jego problemach, życiu, codziennych emocjach i dramatach. Akcja obrazu rozpoczyna się już w latach 20., pierwsze sceny to „przemówienie” księcia Alberta przed publicznością, jako syn króla. Słowo przemówienie wziąłem w cudzysłów, bo Albert nie mógł wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Dopiero później, już latach 30 znalazł się ktoś, kto na księcia Alberta przelał całą swoją energię i zaangażowanie. I o tym też jest ten film- o specyficznej przyjaźni, relacji pełnej zwrotów, sukcesów i upadków, wzajemnym zaufaniu (Lionel nie był pożądaną osobą w „obozie” Króla, mimo to Jerzy VI traktował go jako członka rodziny), ale także złości, bezradności. Mimo, że Lionel to tylko specjalista, który pomagał Albertowi poprawić wymowę, była to niezwykle istotna i ciekawa postać- głównie dzięki świetnemu aktorstwu Geoffrey’a Rusha. Logue, człowiek aktorsko niespełniony oraz niebędący nawet doktorem, nieposiadający licencji lub cokolwiek innego, pragnął spełnić się lecząc właśnie głównego bohatera. A że Albert był dość opornym człowiekiem jeżeli chodzi o jakiekolwiek kontakty, to początki były dość ciężkie.
Hooper bardzo sprawnie przedstawił relacje jakie łączyły Lionela i Alberta, bardzo specyficzne i atrakcyjne dla widza, bezpretensjonalne sposoby leczenia Logue’a, a także osobowość tego gorszego syna króla- jego kompleksowość, skrytość, wybuchowość oraz impulsywność. Bardzo atrakcyjnie został również zbudowany drugi plan tej historii począwszy na ciekawej roli Heleny Bonham Carter wcielającej się w żonę bohatera, przez trafny epizod Timothy’ego Spalla w roli Winstona Churchilla, skończywszy na istotnej kreacji Guy’a Pearce’a jako brata Alberta- następcy tronu, Króla Edwarda III. Ten ostatni miał zbyt bogate życie towarzyskie (m.in. małżeństwo z rozwódką i skłonność do zabawy), dlatego opuścił tron, na który wkroczył jego starszy brat.
Hooper świetnie spisał się w roli reżysera, wydobył pełnię emocji z głównego bohatera dzięki licznym zbliżeniom. Potrafił również stworzyć niesamowite emocje podczas jednej z końcowych scen, czyli wojennej przemowy Króla Jerzego VI. Twórca miał też pomysł na postać Lionela, znakomicie pokierował Rushem, którego bohater stanowił bardzo inspirującą i nietuzinkową postać. Znakomita muzyka, montaż, przepiękne i skromne zdjęcia, niesamowite kostiumy czy scenografia- to także główne zalety obrazu. Tych zalet zresztą jest jeszcze więcej. Colin Firth z pewnością stworzył kreację na miarę Oscara, poruszył już samym zaangażowaniem w swoją rolę. Każdy jego tik, poszczególne grymasy na twarzy, sposób wymawiania słów, potwierdzają jego niebywały aktorski talent i kunszt zarazem. A rola łatwa nie była, wręcz przeciwnie- piekielnie ciężka, wymagająca przygotowania i talentu jak już wspomniałem. „Jak zostać królem” to obraz, który trzeba obejrzeć- już nawet ze względu na wspaniałe aktorstwo i ciekawe, nieklasyczne postaci, stronę techniczną, czy opowiadaną historię.
„King’s speech” to film perfekcyjny, bo z historycznej fabuły nie powstała papka, a biograficzny aspekt nie sprowadził się tylko do chłodnego przekazania widzowi poszczególnych faktów. Ten obraz nasiąknięty jest emocjami i uczuciami. „Jak zostać królem” pociąga również samymi relacjami pomiędzy dwójką bohaterów, sposobem reżyserii, czy aktorstwem. O tym filmie można mówić i mówić, co doskonale świadczy o tym, że jest wielkim kinem.








więcej »

































