Marc Webb łamie wszelkie schematy. Jego „500 dni miłości” to obraz na czasie, niezwykle prawdziwy, świeży w przekazie, taki uniwersalny.
Kino jednak potrafi zaskoczyć. Szczerze mówiąc, moja czujność została już dawno uśpiona i, przed obejrzeniem tego filmu, nie spodziewałem się niczego szczególnego. Może inaczej, nie spodziewałem się, że zostanę zaskoczony. Pomyliłem się. Warto czekać nawet 10 lat, żeby obejrzeć tak naturalny, prawdziwy obraz, a nie wypełniony, pustą i sztuczną warstwą wtórnie ukazanej i wyolbrzymionej miłości, gniot. Brawa należą się reżyserowi Marcowi Webbowi. To on sprawił, że „500 dni miłości” zyskało na magii.
Początek całej opowieści to tylko zmyłka. Zaczyna się krótkim monologiem narratora, jak to w komediach bywa. Później następuje niespodziewane. Reżyser pokazuje dzień, w którym Summer zrywa z Tomem. Mężczyzna jest załamany, bo naprawdę kocha swoją partnerkę. Natomiast ona nie zna takiego czegoś jak miłość i nie jest tak bardzo przywiązana do Toma, jak on do niej. Uczucie w tym filmie jest nieodwzajemnione, choć nic na to, na początku, nie wskazuje. Między bohaterami nawiązuje się romans - pocałunki przy kserokopiarce, wspólna pasja muzyką. Po tym zabiegu, czyli ukazaniu tzw chemii między bohaterami, reżyser przechodzi do długiej, aczkolwiek barwnej opowieści o losach związku Summer i Toma.
Film nie jest chronologiczny. Jak już wcześniej wspomniałem, najpierw twórcy ukazują dzień, w którym Summer zrywa z Tomem. Następnie reżyser przedstawia, również nie po kolei, tytułowe 500 dni z życia Toma. Jest to głównie opis jego uczuć wobec Summer. Raz jest to naiwność, następnie miłość, która później przeradza się w nienawiść. I tak w kółko. Historia Webba, niechronologiczna, jest fascynująca i pełna mądrych sentencji. Bo czy warto podporządkować swoje życie miłości, która na końcu może zranić? Czy jest sens, będąc młodym, narażać się na ciągłe kłótnie z własnym partnerem i dążyć do stabilności, którą i tak trudno uzyskać? Przecież wygodniej jest bawić się tak długo jak tylko można i nie przywiązywać wagi do bardziej szlachetnych uczuć. Ano właśnie, to zależy od człowieka. Bo inni może chcą swoje życie poświęcić miłości, czasami cierpieć, ale pragną stabilności, poczucia bezpieczeństwa. Trochę romantyczne, prawda? Ale właśnie Tom jest typem takiego człowiek- umiejącego poświęcić się dla najbliższej mu osoby, nadto uczuciowego i wrażliwego. Summer natomiast nie potrzebuje pomocy w realizowaniu własnych planów życiowych (których i tak nie ma).
Głównym atutem filmu jest jego prawdziwość. Brak tutaj nadętych i sztucznych momentów wymuszonego szczęścia i niekończącej się miłości, która po paru drobnych tragediach, spełnia się o zachodzie słońca. Z „500 dni miłości” może utożsamiać się każdy. Każdy kto nie lubi banału, każdy, który na swój sposób kocha, po prostu każdy. Ten obraz cechuje uniwersalizm. Produkcję tą można również nazwać nośnikiem skrajnych emocji- u bohaterów raz jest to gorycz, żal i złość, która innym razem zamienia się w niepohamowaną radość z życia. Takie nastroje, dość skrajne i żywo wyreżyserowane z łatwością tworzą niesamowity klimat filmu, który udziela się widzowi. Przy okazji, warto wspomnieć, że Webb dokonał w swoim małym dziele licznych nawiązań do historii kina. W pewnym momencie przedstawia przekręconą scenę z „Siódmej pieczęci” Ingmara Bergmana oraz z „Przed wschodem słońca” (scena z pociągu). Na uwagę zasługuje również muzyka, czasami refleksyjna, często żywiołowa, sprawia, że obraz jest bardziej atrakcyjny i przystępny.
W moich oczach, „500 dni miłości” to małe arcydzieło. Nie wiem czy film osiągnie komercyjny sukces, ale na pewno zostanie doceniony. Zakończenie obrazu jest niejednoznacznym happy endem. Tom w końcu zaczyna rozumieć, że nie warto wierzyć w takie coś jak przeznaczenie, bo ono często zawodzi i przegrywa z „przypadkiem”. Tym samym trudno w życiu o jednolitość i stabilność. Niesamowity film.
































